29 sie 2016

Ciastka maślane

Skoro o nich wspomniałam w poprzednim poście, od razu podam przepis.
Jest to bardzo typowy przepis na maślane ciasteczka. Z podanych proporcji robię też zwykle spód do słodkiej tarty.









To z kolei ulubiony deser mojego syna. On, ze wszystkich słodyczy, najbardziej lubi ciastka. A konkretnie, maślane właśnie. I właściwie jest mu bez znaczenia z jakimi będą dodatkami. Jak dla niego, mogły by nie mieć żadnych bakalii. Chętnie zjada je z kubkiem mleka, chętnie zabiera do szkoły.

Mają wyraziście maślany smak, niewiele składników, bardzo szybko się pieką.

I to jest bardzo istotna informacja. Pieką się tak szybko, że bardzo łatwo je przepiec. A wtedy i zapach i smak, nie jest już taki jak powinien. Mimo, że podaję orientacyjny czas pieczenia, to może się okazać, że trzeba wyciągnąć je przed czasem. Czasem pieką się 6 minut, czasem tylko 3minuty. Zależy też jakiej są grubości.  Pieczemy je na środkowej wysokości piekarnika.  Nie możemy czekać aż się zarumienią. Powinniśmy wyciągać je z piekarnika kiedy są jeszcze blade czyli takie słomkowe.
Mam wrażenie, że nawet po wyciągnięciu z piekarnika, kiedy stygną na blasze, jeszcze lekko pieką się od spodu, od ciepła blachy.







* 30dag mąki
* 20dag miękkiego masła
* 10 dag cukru pudru
* 3 żółtka
* 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
* garść bakalii ( mogą być, ale nie muszą) - na zdjęciu pistacje i żurawina


Filozofii wielkiej nie ma. Trzeba wszystkie składniki zagnieść. Można wycinać foremką, ale jeśli są bakalie, wolę z ciasta uformować wałek, zawinąć w folię spożywczą i potrzymać 30 - 60 min w lodówce, aż stwardnieje. Kroję wtedy ponad centymetrowe plastry, układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i pieką w 175;C. Tak jak pisałam wyżej pieczemy chwilkę, i oczywiście możemy zaglądać do piekarnika i podglądać czy za bardzo się nie przypiekają.
Nim ściągniemy z blachy trzeba odczekać 5-10 min, aż odparują, inaczej mogą nie chcieć zejść w jednym kawałku.





Ciasteczka ze słonecznika

Bardzo istotny jest tytuł "Ciasteczka ze słonecznika", a nie "... ze słonecznikiem". Bo tak też jest w istocie.
Przepis na te pyszne ciastka przejęła już spora część moich znajomych i wszyscy sobie chwalą ich smak, i oczywiście prostotę wykonania.
Zasada jest taka: jeśli ktoś lubi prażony słonecznik, i od tych ciastek się nie oderwie, ale jeśli nie przepadacie za tym ziarnem (są tacy?), to może lepiej upieczcie ciasteczka maślane :)

Kiedy już biorę się za ich produkcję robię od razu dwie, a często i trzy porcje. I to absolutnie nie dlatego, że z jednej porcji wychodzi ich mało. Po prostu  bardzo łatwo je przechowywać. Mogą stać zamknięte w puszce czy słoiku nawet kilka tygodni - to w teorii, bo zwykle znikają jak świeże bułeczki.

Nie bez znaczenia jest data tego postu. Zbliża się wrzesień, więc i szkoła, a te ciastka to najczęstszy, i najchętniej wybierany dodatek do szkolnego śniadania mojego dziecka. Kiedyś upierałam się, i nie pozwalałam młodemu na słodycze w szkole. Potem poszliśmy na kompromis i pozwoliłam mu zabierać do śniadaniówki ciastka, które upiekliśmy w domu. Dzięki temu miałam kontrolę nad tym co je moje dziecko. Zawsze też starałam się przemycić w nich jakieś zdrowe dodatki.





* 25 dag łuskanych nasion słonecznika
* 1 jajko + 1 żółtko
* 10 dag cukru trzcinowego


Słonecznik trzeba zmielić. Może być blenderem, może być młynkiem do kawy. Jak kto chce. Nie trzeba mielić go na pył, nie musi mieć konsystencji mąki. Ja nawet wolę kiedy jest sporo grudek.
W misce dokładnie mieszamy wszystkie składniki i dłońmi formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego.
Masa jest dość klejąca. Jest dużo łatwiej kiedy formujemy ciastka lekko zwilżonymi dłońmi. Zwykle i tak w trakcie, muszę przemyć ręce wodą kilkakrotnie.

Pieczemy w 180'C przez 15 min
Czasami włączam na ostatnie 5 min. termoobieg, żeby ciastka ładnie się przyrumieniły.







Na zewnątrz są kruche, wewnątrz  bardziej wilgotne. Nie są jakoś wyjątkowo słodkie, ale czasami dodaję nieco mniej cukru i też są bardzo smaczne. Są dobre i na ciepło, i kiedy odstoją. Nie zauważyłam żeby twardniały po kilku czy kilkunastu dniach.


Tak jak pisałam, staram się przemycać nawet w słodyczach jakieś zdrowsze dodatki, choć sam słonecznik też jest przecież bardzo zdrowy. Jednak żeby urozmaicić jadłospis moich dzieci, dorzucam do masy i  inne nasiona.
I tak, jeśli dosypuję 1/2 szklanki mieszanki innych nasion ( siemię lniane, sezam biały, sezam czarny ), odsypuję 1/2 szklanki zmielonych nasion słonecznika. Z tym że wymienione przeze mnie nasionka są tak drobne, że już ich nie mielę, a wsypuję w całości.





Oczywiście, spotkałam się z zarzutami, że słonecznik tuczy, bo jest bardzo tłusty, że w ciastkach, choć trzcinowy, ale jednak jest cukier...
To wszystko prawda, ale ja osobiście, nie potrafiłabym odmawiać moim dzieciom przyjemności jedzenia słodyczy. Byłabym skończoną hipokrytką, bo absolutnie najwięcej słodkości w moim domu jem ja :)

22 sie 2016

Drożdżowe ślimaki z cynamonem

Jeśli dobrze pamiętam, już kiedyś pisałam tu na blogu o tych drożdżowo-cynamonowych bułeczkach, ale były to czasy kiedy tylko szczułam zdjęciami - co mam i co jem :) , przepisów nie było.

Przepis na ciasto jest bardzo typowy, jak na każde drożdżowe. Bez względu na to czy z owocami czy z innymi dodatkami.
Ale nie korzystam nigdy z żadnego książkowego czy internetowego przepisu, bo wszystkie składniki daję na "mniej więcej" i "na oko", i na potrzeby tego wpisu musiałam sięgnąć do książki kucharskiej żeby podać wam konkretne ilości i proporcje. Ale fakt, że ja dodaję składniki do drożdżowego bardzo intuicyjnie, a  ono i tak absolutnie zawsze wychodzi, świadczy tylko o tym, że nie musicie podchodzić do tego z iście aptekarską dokładnością.

Kiedy jako młoda dziewczyna zaczynałam dopiero piec, a uczyłam się tego po prostu z książek kucharskich, bo moi rodzice raczej nie piekli ciast (przynajmniej ja tego nie pamiętam) czytałam, że ciasto drożdżowe jest szalenie trudne, wymagające i pracochłonne, i przyznam, że trochę to ostudziło mój zapał. Brakuje mi sumienności do rzeczy wymagających, zwykle nie podejmuję się takich zadań.
Kiedyś mój tata, przywiózł do nas swoją mamę, żeby napiekła nam jagodzianek, a przy okazji pokazała nam (wnuczkom) jak to się robi.  I przyznam, że trwało to niemal cały dzień. Kolo miski z ciastem chodziliśmy na paluszkach, mówiliśmy szeptem, a babcia dotykała ciasta delikatnie i z wielkim namaszczeniem  (mi nie wolno było, miałam dopiero 7 lat !).
Babcia robiła to zgodnie ze sztuką, każdy jej ruch był płynny. Ważne było wszystko: temperatura produktów, temperatura otoczenia, to jak długo ciasto rosło, i jak często...
Jagodzianki wyszły delikatne jak puch i cudownie smaczne, a ja utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to jakaś alchemia i że nie każdy tak potrafi.
Wiele czasu minęło nim się odważyłam, i pamiętam, że mimo iż nie od razu ciasto wychodziło idealnie, to jednak wychodziło :)
Przyznaję, że ja pomijam te godziny, na wzrastanie ciasta, głaskane, i czułe słówka. Nie zaciskam kciuków i nie modlę się do niego.  Przestrzegam jedynie kilka ważnych zasad:

- nie można drożdży zalać zbyt ciepłym/gorącym mlekiem, lepiej żeby było lekko ciepłe niż gdybyśmy mieli je sparzyć,
- nie stawiajmy miski z ciastem w przeciągu, powinna stać w ciepłym miejscu, najlepiej przykryta szmatką, pokrywką, czy czymkolwiek
- nie uchylajmy piekarnika w trakcie pieczenia

na ciasto:
* 5 dag drożdży
* 1/2 kg maki
* 3 żółtka i 1 całe jajo
* 15-20 dag cukru
* szczypta soli
* esencja waniliowa, wanilia lub cukier waniliowy do smaku (można pominąć)
* 10 dag rozpuszczonego masła ( lub innego tłuszczu)
* 1 szkl. mleka
* garść rodzynek - zawsze przed pieczeniem rodzynki zalewam wrzątkiem na 10 min, żeby zmienić je z suchych na mięciutkie :)

na masę cynamonową:
* cynamon do posypania - według uznania
* ciemny trzcinowy cukier do posypania - ja daję zwykle mniej więcej garsć
* roztopione masło - ok. 5-8dag


Jak drożdżowe, to zawsze z mlekiem !




Drożdże kruszę, mieszam w misce ze szklanką mąki, cukrem, mlekiem i jeśli mam dodaję ekstrakt waniliowy albo wanilię. Można też dodać po prostu cukier waniliowy.



Odstawiam pod przykryciem na dosłownie 15 min. Mleko ma być ciepłe - nie gorące.




Dodaję jajka, sól, olej albo roztopione masło, rodzynki i część mąki. Dopóki ciasto jest półpłynne, wygodnie jest mi mieszać wszystko zwykłą trzepaczką.





Kiedy staje się gęste, mieszam je ręką. Ważne jest by nie wkładać całej ręki w środek klejącego ciasta, bo ciężko będzie nam tak z nim pracować. Trzeba podsypywać mąkę w niewielkiej ilości, na brzegach ciasta, i te wolne brzegi, dotykając jakby końcami palców, zawijać do środka. Ten ruch ma też na celu napowietrzanie ciasta.
Powtarzamy tę czynność wielokrotnie, aż masa nabierze formy, no i mąka nam się skończy :)
Ciasto powinno być miękkie i puszyste. 


Nie znam się specjalnie na jajkach, ale mam wrażenie, ze od kiedy kupuję jajka od kury zielononóżki, ciasto ma jakby ładniejszy kolor :)                                                                   Możliwe jest też, oczywiście, że tylko to sobie wmówiłam :)

Ciasto wewnątrz jest dość kleiste, tylko na zewnątrz lekko oprószamy je mąką by nie przywierało do blatu. Starajmy się nie dosypywać tej mąki zbyt wiele. Dzięki temu drożdżówka będzie miękka i  wilgotna. Te sklepowe zwykle, może i są dobrze napowietrzone i puszyste, ale też są suche jak styropian.

Delikatnie, nie uciskając zbyt mocno, staramy się nadać ciastu kształt prostokąta.
Smarujemy je roztopionym masłem( ja smaruję silikonowym pędzelkiem, można polewać z łyżki), posypujemy cukrem trzcinowym (choć oczywiście może być i biały), i posypujemy cynamonem.


Zwijamy ciasto w roladę, nie ściskając zbytnio. Po czym, ostrym nożem kroimy na porcje i układamy na blasze, czy w formie do pieczenia.




Porcja ciasta, którą widzicie na zdjęciu, jest podwójna, więc  wasza rolada będzie mniejsza, "chudsza" i ładniejsza, więc i bułeczki będą urocze.
Oczywiście, ja też mogłam podzielić ciasto na pół, zwinąć dwie mniejsze rolady, i przygotować takie piękne, subtelne bułeczki, jak te, które widzicie u mnie na blogu pod datą 22 maja 2013. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że wtedy miałam tylko jedno dziecko, i mniej obowiązków, więc czasu po kokardę.
Dziś już rzadko kiedy myślę o tym, żeby jeszcze było ładnie :) Teraz cieszę się, kiedy w ogóle jest :)
Kiedy w końcu wrócę do pracy, pewnie będę miała tylko tyle czasu, żeby oblizać się patrząc na te zdjęcia  :(





Tej ceramicznej formy niczym się smaruję. Inne wykładam tylko papierem do pieczenia.

Wbrew wszystkim mądrym książkom, wkładam ciasto do nienagrzanego piekarnika, bo kiedy  temperatura wewnątrz rośnie powoli, i ciasto sobie rośnie, a jak zauważyłyście, albo i nie, oprócz 15min na samym początku, nie odstawiałam ciasta do wyrośnięcia ani na chwilę. Więc ja tę chwilę daję mu właśnie w nienagrzanym piekarniku.. Skraca to też standardowy czas pieczenia, a przez to stopień wypieczenia. Bo o ile piekąc chleb, lubię kiedy jest on mocno wypieczony i ma chrupiącą, ciemną skórkę, o tyle ciasto drożdżowe lubię miękkie, bez  suchej skórki i przypieczonego spodu.
Wszystkie więc panie domu, takie z prawdziwego zdarzenia, w wieku naszych mam, które gotowanie i pieczenie mają w malutkim paluszku,  pewnie powiedzą że zupełnie się na tym nie znam. I mają pewnie sporo racji, jestem samoukiem, i często nie trzymam się standardów, bo gotuję tak żeby mi smakowało, a nie koniecznie tak jak mówi przepis.
Piekę w temp. 170-180'C, ok. 20-25min. Ale też można ocenić to tak, że kiedy ciasto się ładnie przyrumieni, zwykle znaczy, że to już :) Pieczemy na drugim poziomie licząc od dołu.

Można piec te bułeczki  oczywiście, w większych odstępach od siebie, żeby były pojedyncze.
Ja jednak bardzo lubię kiedy tworzą jakby jedną całość, bo zachowują wtedy świeżość na dłużej i ciasto nie robi się suche.
Z podwójnej porcji wyszły mi dwie formy ciasta, czyli wystarczyło nam na wieczór, ale na śniadanie już nie :)


A, zapomniałabym. Babcia mówiła też, żeby nigdy nie jeść ciasta drożdżowego na ciepło,  że to się może źle skończyć. I miała rację.
To się zawsze źle kończy, bo szybko się kończy. Na ciepło, z mlekiem najlepsze przecież...

21 sie 2016

Zapiekanka z cukini

Tyle obfotografowanych i zjedzonych dań czeka na opisanie na blogu...
Bo ugotować, tak naprawę, najprościej.
I cyknąć zdjęcie, też nic trudnego. Choć mąż narzeka, że pasek od aparatu i sam aparat z resztą też, jak nie w cynamonie, to w mące...
Najwięcej czasu zabiera mi opisanie wszystkiego, sprawdzanie błędów, obrabianie zdjęć. No i sprawdzanie czy to co napisałam ma sens. Często używam skrótów myślowych. Często czegoś nie dopiszę, bo wiem przecież jak to zrobić, robiłam nie raz - ale czy czytelnik będzie wiedział?
Czasem czytam jakiś wpis po kilku miesiącach i dopiero wtedy dostrzegam jaką głupotę napisałam, o literówkach już nawet nie wspomnając.
Ktoś powiedział, ze taki tekst to w 15minn można napisać. I pewnie można. Ale mi  to zajmuje dużo, dużo więcej czasu.
Koniec żali, do roboty trzeba się brać


cukinia


Za pierwszym podejściem to danie mi nie wyszło. I choć pachniało cudnie, i kusiło, okazało się, że jest tak przesycone goryczą, że nie da się przełknąć ani odrobiny. Na szczęście, wydało się to jeszcze przed włożeniem do piekarnika i zaserwowaniem domownikom. Cukinia była gorzka jak piołun. Nie wiem dlaczego. Zdarzyło mi się to już dwa - trzy razy, gotując leczo, ze musiałam całą zawartość garnka wyrzucić do śmieci z powodu goryczy. Próbowałam się czegoś na ten temat dowiedzieć, szukałam w internecie...
Ciągle nie wiem skąd ten gorzki smak w cukinii się zdarza.
Gdyby ktoś z was wiedział - piszcie. Chętnie się dowiem.


Mimo goryczy, to co wyrzuciłam do kosza, pachniało na tyle dobrze, że po jakimś czasie postanowiłam powtórnie przyrządzić tę zapiekankę. Tym razem oczywiście, uprzednio spróbowałam każdej z użytych cukinii. Żadna nie była gorzka.

* 30dag ryżu
* 1,5 - 2kg cukinii
* olej do smażenia 
* 0,75l bulionu warzywnego lub wody doprawionej sosem sojowym
* 4-5 marchewek ( można też 1 pietruszkę)
* 25 dag żółtego sera
* 2 cebule
* 4 ząbki czosnku
* 50 ml śmietany
* 1-2 jajka
* sól, pieprz do smaku


Posiekaną cebulę i czosnek przesmażamy lekko na oliwie, a następnie wsypujemy ryż i czekamy aż nabierze delikatnie złotego koloru. Dodajemy startą na tarce marchewkę ( i pietruszkę też można ), pokrojoną w plastry cukinię, i dusimy pod przykryciem. Ważne, żeby cukinia nie miała twardych nasion, czyli nie była przerośniętą ogromną cukinią. Jeśli niestety ma, to trzeba je usunąć.







Chwilę dusimy pod przykryciem, po czym  zalewamy wszystko bulionem warzywnym lub wodą z sosem sojowym, przemieszamy i zostawiamy na małym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż ryż wchłonie płyn.
Ja popełniłam mały błąd. Nie miałam w domu białego ryżu, więc użyłam brązowego, który dochodzi długo dłużej niż biały. Nim więc ryż zmiękł, cukinia lekko się rozgotowała.









Kiedy wszystko lekko przestygnie, dodajemy śmietanę, jajka, starty ser i doprawiamy do smaku. Część sera trzeba zostawić do posypania zapiekanki.
Przekładamy wszystko do żaroodpornego naczynia, natłuszczonego lekko olejem i zapiekamy bez przykrycia ok. 40min w temperaturze 170 - 180'C.





Jak każda zapiekanka, tak i ta, smakuje najlepiej kiedy odstoi sobie i odparuje. Tak powiedzmy godzinę.
Ale i tak najsmaczniejsza jest odgrzana, następnego dnia.

Idealnie sprawdziła się do niej sałatka z pomidorów z oliwkami, jogurtem i świeżą cebulką, ale każda inna też będzie dobra.
Mimo, że bezmięsne, to danie jest dość sycące i idealne na obiad.









10 sie 2016

Curry z rybą

Tak naprawdę, to będzie moja wariacja na temat curry z rybą.
Bo przecież do końca nie wiem jak powinno smakować to danie. To znaczy wiem tyle, że powinno smakować tak, żebym miała ochotę je zjeść. Dlatego z przepisów z których korzystałam, pewne nieakceptowalne dla mnie składniki wyjęłam, a niektóre dodałam.


Curry z dorszem i komosą ryżową


Potrawa ta wywodzi się z kuchni indyjskiej i tak naprawdę słowo curry oznacza "sos", albo też sposób przyrządzania potrawy, czyli mięso, czy warzywa w sosie.
Dla nas, słowo "curry" oznacza także mieszankę przypraw charakterystyczną dla kuchni indyjskiej.

Nie jestem znawcą orientalnych dań i smaków, wręcz przeciwnie, dopiero nieśmiało eksperymentuję, ale wyrobiłam już w  sobie przekonanie żeby nie używać gotowej - sklepowej mieszanki curry, bo potem okazuje się, że jednego dnia przyrządzamy danie z rybą, drugiego z kurczakiem, a trzeciego z warzywami, a i tak smakują one dokładnie tak samo, bo według mnie, o ile w naszej europejskiej kuchni, przyprawy podkręcają smak dania, o tyle w kuchni  Hindusów, stanowią o ich smaku.
Tyle wymądrzania się.

Przyznam, że wąchając gotowe - sklepowe mieszanki curry, zapach ten wydawał mi się za ciężki, przytłaczający i przez długi czas uważałam, że ten rodzaj potraw jest nie dla mnie. Nie wzbudzał we mnie apetytu.
Zapach potrawy, o której dziś będę pisała, jest świeży, wielowymiarowy, intrygujący i i bardzo kuszący. Do mojej kuchni ściąga domowników, którzy z zaciekawieniem pytają, co dziś gotuję.

Zupełnie przypadkiem, kiedyś przeglądając przepisy w internecie, natrafiłam na zdjęcie, które pobudziło moje ślinianki,  i już wiedziałam, że muszę to ugotować, a co ważniejsze - zjeść.
Okazało się, że to jedna z propozycji na curry z rybą - a ja ryb nie lubię :(
Zjadam czasem łososia, ostro skropionego cytryną i wysmażonego na frytkę - czyli tak jak podobno nie powinno się go przyrządzać :) . W ciąży jednej i drugiej zajadałam się śledziami, aż sama siebie nie poznawałam, ale kończył się stan błogosławiony, kończyły się i śledzie w mojej diecie.

Właśnie spojrzałam wstecz i okazuje się, że plotę dyrdymały  już kilkadziesiąt wersów, a przepisu ni widu ni słychu. Do rzeczy więc.






Wiem, że wariacji na ten temat jest tysiące, i wiem, że zawsze do podanych składników, można dodać kolejny.
Przedstawiam sprawdzoną przeze mnie kompozycję, którą w miarę potrzeb i upodobań,  możecie sobie modyfikować.
Danie to przygotowuje się dość szybko. Dużo większą trudnością jest skompletowanie potrzebnych przypraw, bo nie wszystkie posiadamy standardowo w domu.

* 3-4 łyżki oleju roślinnego
* 1 łyżeczka nasion gorczycy
* 2 łyżeczki kuminu (kminu rzymskiego)  lub zamiennie 2 łyżeczki nasion kopru włoskiego
* 1 duża czerwona cebula (2 małe)
* 3 ząbki czosnku 
*  świeży imbir - sporo, ok 5 cm kawałek
* 2 łyżeczki kurkumy 
* 30 dag pomidorów pokrojonych w dużą kostkę (bez skórki) - jeśli jest właśnie sezon i pomidory są bardzo dojrzałe, to świetnie jest użyć świeżych, ale poza sezonem polecam pomidory krojone z puszki
* listki z połowy krzaczka bazylii
* 2 łyżki cukru trzcinowego
* 2 łyżki sosu sojowego TaoTao (tylko nie ciemnego!) 
* sól do smaku
* 45dag filetów z dorsza albo innej ryby 
* puszka mleka kokosowego
* natka pietruszki albo kolendra - wedle upodobań (ja nie znoszę smaku, a właściwie zapachu  kolendry, więc zastąpiłam ją pietruszką, ale prawdą jest, że kolendra jest bardzo charakterystyczna dla curry i powinna być dodana)




Na rozgrzany olej wrzucam gorczycę i kumin (kmin rzymski), albo zamiast kuminu - nasiona kopru włoskiego.
Po chwili dodaję posiekaną czerwoną cebulę, czosnek. Po dwóch minutkach, starty na tarce imbir,  kurkumę, pomidory i świeżą bazylię, cukier, sos sojowy i sól.
Na zdjęciach widać, że przygotowywałam curry w dużym żeliwnym garnku, ale to dlatego, że robiłam podwójną porcję. Pojedynczą, z powodzeniem przygotujemy  na dużej patelni z pokrywką.

Od momentu, aż zacznie wrzeć, gotujemy jeszcze ze 3 minutki, a następnie do tego sosu dodajemy surowe, lekko  osuszone filety rybne  (jeśli były zamrożone, oczywiście trzeba je rozmrozić).
Patelnię należy przykryć przykrywką i w ten sposób dusić rybę w sosie nie więcej niż 5 minut, po czym dodać mleko kokosowe i gotować kolejne 2 - 3 minuty.



Dolewamy mleczko kokosowe...       (sosu jest tak dużo, że ryby się w nim utopiły!)


Zauważyłam, że świeże pomidory, mają znacznie więcej soku niż te z puszki, i przez to curry jest bardziej wodniste niż kiedy używałam pomidorów z puszki. Bałam się, że jeśli zbyt długo pozostawię je na gazie, żeby sos się zredukował, ryba, która ma delikatne mięso, rozgotuje się i rozpadnie. Postanowiłam więc dosypać czarnej soczewicy, którą najpierw podgotowałam w sosie ze 2-3minuty, a kiedy odstawiłam curry do ostygnięcia, soczewica doszła, zabierając nadmiar wody.
Dlatego więc, choć nie jest wymieniona wśród składników, czarna soczewica, widnieje na zdjęciach :)


Curry powinno się podawać posypaną świeżą kolendrą (bywa dostępna nawet w Biedronce), ale ja że wolę zastąpić ją naszą pietruszką, choć to moje odosobniony wymysł.

Jako dodatek możemy ugotować ryż, albo kaszę. Tym razem przygotowałam komosę ryżową, ale bardzo lubię też, w tym egzotycznym i pachnącym sosie maczać zwykły chleb. Co byście nie podali, to jednak curry nadaje smak całemu daniu.



Komosa ryżowa przed ugotowaniem



Dla mnie szalenie istotne jest to, że w tym daniu, ryba zupełnie nie pachnie jak ryba. Pachnie przyprawami świata.


Smacznego



7 sie 2016

Tarrrrta owocowa - jabłka lub brzoskwinie

Tarty robię najczęściej, bo robi się je najszybciej.
Uwielbiam serniki i pierniki. Lubię drożdżowe, ale tarta to jednak najszybciej.
Taka z owocami - oczywiście.
Zasada pierwsza - owoców musi być dużo, żeby nie wyszła sucha.
Zasada druga - ciasto musi być kruche i delikatne. I ma być go nie za wiele.
Tak więc,  jako spód do tarty zwykle robię kruszonkę. Taką zwykłą, jak do posypania ciasta.






Spory problem mam  z podaniem składników, a właściwie ich ilości.
Oczywiście, wszystkie dodaję "na oko".
Tego typu ciasto zawsze robię w swojej ulubionej ceramicznej, niskiej formie.
Najpierw sypię na nią ze dwie- trzy płaskie łyżki cukru pudru - nie więcej, bo jeśli przesadzimy z cukrem, ciasto będzie twarde. Jeśli owoce są słodkie (czyli nie rabarbar i nie  porzeczki), można w ogóle zrezygnować z cukru. Dodaję szczyptę soli, miękkie masło 10-15dag, i mąkę - i tu totalny problem, ile tej mąki. Powiedzmy coś ok. 2 szkl. Ale tak naprawdę dopiero mieszając  ciasto widać, czy trzeba dosypać jeszcze odrobinę maki albo dodać łyżkę masła. Bo tarta ma mieć konsystencję kruszonki, czyli ma być miękka i sypka. Zbijać się w mniejsze i większe grudki, które łatwo jest skruszyć.
Żeby tak było, ważne jest żeby nie ugniatać ciasta mocno, całą ręką, jak na pierogi, na przykład, ale by wyrabiać to ciasto delikatnie, opuszkami palców, krótkimi ruchami.
Może na zdjęciu uda mi się pokazać, czego macie oczekiwać.



Po prawej - konsystencja ciasta na spód tarty (odłożyłam trochę do posypania owoców).  Po lewej - jak widać, jeśli wysypiecie ciasto na foremkę, i nieco przyklepiecie palcami, ładnie się sklei. Jeśli nie, znakiem tego trzeba dodać jeszcze masła i zamieszać na nowo.


Uwierzcie, to jest zupełnie proste, ja to tylko tak chaotycznie opisuję :)

Tu nie da się nic zepsuć. Nie ma sody, proszku do pieczenia ani drożdży, więc nie da się zrobić zakalca.
Jeśli dacie za dużo masła, będzie pysznie maślane.
Jeśli za dużo mąki, i ciasto będzie suche - nie ma znaczenia, sok z owoców i tak wszystko ładnie połączy.

Ciasta nie podpiekamy, tylko na surowe wykładamy owoce.
Tym razem pokażę wam tartę z brzoskwiniami - obrane ze skórki i pokrojone w ósemki. Potrzeba ich dużo i gęsto (mi zeszło chyba 9szt.).


Owoców proszę dużo, albo bardzo dużo :)


Polałam je podgrzanym miodem (ok. 3 łyżek) do którego starłam skórkę z całej cytryny.
Oczywiście cytrynę najpierw trzeba umyć, potem przelać wrzątkiem (podobno w transporcie spryskują je jakąś chemią), i ważne, że ścieramy tylko zewnętrzną część skórki - tę żółtą. Ta głębsza - biała, ma gorzkawy smak.


Podgrzany lekko miód i starta skórka cytrynowa (spokojnie może być i pomarańczowa)


Na koniec posypałam owoce nasionami, tym razem biały sezam i słonecznik, ale spokojnie mogą być zupełnie inne np. siemię lniane, czarny sezam albo płatki migdałowe. Coś co się smacznie upraży i będzie nam chrupać.
Zawsze zostawiam też garstkę kruszonki ze spodu, do oprószenia ciasta.


Gotowa tarta z brzoskwiniami, przed włożeniem do piekarnika


Pieczemy niedługo. Ok. 20-30 min, w 180-190'C, na środkowym poziomie piekarnika.
Można zaglądać do środka, bo przecież nic tam nie opadnie, a dzięki temu możemy obserwować stopień wypieczenia.
Oczywiście, można obserwować i  przez szybkę, ale moja kuchenka, więc i piekarnik, ma już ponad 12 lat, wszystko przez nią wygląda jak sepia :)


Tarta z brzoskwiniami po upieczeniu, a właściwie to chyba zapieczeniu...


Jak widać, ciasto jest cieniutkie. Główną rolę grają owoce.



Druga tarta, na takim samym spodzie, to ta z jabłkami. 
Analogicznie, owoców trzeba jak najwięcej (ciasno je układajcie). Obieramy i kroimy w ósemki. Jeśli to duże jabłka, to jeszcze drobniej. Jeśli to odmiany o delikatnej skórce (takiej, która się nie ciągnie jak skórka z pomidora, ani nie jest bardzo twarda), to nie obieram jabłek, tylko dokładnie je myję.

Polałam owoce 2-3 łyżkami truskawkowego dżemu , który po podgrzaniu zrobił się płynny ( myślałam, że nie mamy już miodu).
Dodatkowo, posypałam posiekanymi orzechami włoskimi (garść), i tak jak poprzednio, polałam podgrzanym miodem (bo się jednak znalazł), i posypałam odrobiną kruszonki.



Tarta z jabłkami, przed włożeniem do piekarnika


Pieczemy jak zwykle trochę na oko, bo to bardziej zapiekanie niż pieczenie. Tu naprawdę nie da się nic zepsuć.


Tarta z jabłkami po upieczeniu


Istnieje jedna, jedyna trudność. Po upieczeniu, tarta z owocami musi wystygnąć, bo inaczej rozpadnie nam się przy każdej próbie nakładania na talerzyk. Oczywiście, nie musimy czekać aż będzie zimna. Wilgoć z owoców musi jednak trochę odparować.
Powiedzmy 30min do 1 godziny.
Da się wytrzymać.
(Są tacy, co uważają, że można jeść na gorąco, bezpośrednio z formy, i problem z przekładaniem na talerzyk rozwiązany...)


Wystygła tarta kroi się idealnie. Zbyt ciepłą na krojenie, idealnie zjada się wprost z formy...

Zupa z czerwonej soczewicy

Ostatnim razem obiecałam zupę, więc będzie zupa, ale pisząc ten post, właśnie zajadam pyszną tartę z brzoskwiniami w sosie z miodu i skórki cytrynowej. A chwilę wcześniej miałam na talerzyku ostatni kawałek tarty z jabłkami, miodem i orzechami włoskimi...
Tak więc wiecie już o czym będzie kolejny teks :) .

Przepis na nią powstał trochę przypadkiem. Jest wypadkową dwóch innych zup, o których czytałam, i postanowiłam ugotować. Ale że gotuję zwykle z pamięci, intuicyjnie, to trochę mi się pomieszało i okazało się, że co nieco  zaczerpnęłam z jednego przepisu, co nieco z drugiego...
To co wyszło, na tyle nam zasmakowało, że zagościło w naszej kuchni na stałe.


czerwona soczewica

Z podanej ilości wychodzi ok 5-6 litrów zupy. Czyli tyle ile zwykle przygotowuję.
Jeśli dla was to za dużo, musicie proporcjonalnie zmniejszyć ilości składników. Ale uwierzcie mi, gdybym miała większy garnek, przygotowywałabym jej jeszcze więcej.

Zupa jest dość gęsta, ale lekka, pewnie dlatego, że nie jest gotowana na mięsnym wywarze.



* seler naciowy ( sprzedawany jest poporcjowany w foliowych paczkach, i właśnie zużywam całe takie opakowanie)
* 4-5 marchewek (jeśli małe i drobne to nawet 5-6szt)
* 5 łyżek oleju
* mały słoiczek koncentratu pomidorowego
* 5 kulek ziela angielskiego
* 2 liście laurowe
* 1 szkl. czerwonej soczewicy
* 1 woreczek kaszy jaglanej (ok. 10dag)
* sól 
* śmietanka 30% - kubeczek 
* 1 duża łyżka cukru trzcinowego
* opcjonalnie 2 łyżki sosu sojowego TaoTao (jasnego)



Marchewkę i seler trzeba pokroić w kostkę, i podsmażać pod przykryciem, na oleju. Ja robię to od razu w garnku, w którym będę gotowała zupę, ale trzeba pamiętać, że w garnku warzywa wędą łatwiej przywierały do dna, więc trzeba je kilka razy przemieszać. Na teflonowej patelni, nie będą przywierały tak łatwo, więc jeśli komuś chce się myć patelnię, to proszę bardzo.
Na średnim ogniu (tak żeby było je słychać spod pokrywki :) ) trzymam je ok 25min, bo warzyw jest naprawdę sporo. Jeśli gotujecie zupę z mniejszej porcji składników, np. z połowy, możliwe, że już po 15 min będą ok.
Pod koniec, jeśli będzie taka potrzeba, można dolać 0,5-1szkl. wody, żeby warzywa się nie przypaliły.






Kiedy zmiękną,  warzywa zalać wodą tak, by było jej więcej niż 3/4 garnka. Dodać koncentrat pomidorowy, ziele angielskie, liście laurowe, i szklankę czerwonej soczewicy. Przyznam się szczerze, że ja dodaję zwykle 1,5szkl, ale osobiście lubię kiedy ta zupa jest nieco gęstsza.

Od momentu zagotowania, trzymam ją na gazie 5min, po czym wsypuję kaszę jaglaną i gotuję jeszcze przez kolejne 5 min.
Doprawiam solą, cukrem trzcinowym, a czasami i sosem sojowym TaoTao - ok. 2 łyżki. Już kiedyś chyba wspominałam o tym sosie. Używam go chyba do wszystkich zup, i właściwie do wielu dań. Próbowałam sosu sojowego innych firm ale żaden mi nie smakował. Oczywiście nie jest on obowiązkowy, ale świetnie podkreśla smak zupy.
Ważne by nie był to sos ciemny TaoTao, bo jest on przeznaczony do czerwonego mięsa, do dziczyzny - mi  jego smak zupełnie nie odpowiada.



Udało mi się znaleźć zdjęcie. Ten po prawej - ciemny, jest zbyt intensywny w smaku. Ten po lewej - idealny do wszystkiego.



Zupy powinien być cały garnek, jeśli jest mniej, dolejcie jeszcze wody.

Na koniec wlewamy,  pewnie najbardziej kontrowersyjną dla was - śmietankę 30%   :) .
Pewnie wiele osób powie, że to przesada, że można ją zastąpić zwykłą śmietaną 12% albo nawet jogurtem.
No nie można. Zmieni to zupełnie smak zupy (wiem, bo próbowałam), ponieważ ta śmietanka jest słodka, a nie kwaśna. Można iść na małe ustępstwo i dodać jej mniej niż ja dodaję (wlewam zawsze cały kubeczek, taki kupiony w Biedronce, pewnie jakieś 350ml). Zagotowuję i odstawiam.


Gotowe

Zupa musi odstać jeszcze jakieś 15-20min. Kasza i soczewica musi dojść, zmięknąć.

Gotuję ją bardzo często, a mimo to i tak każdorazowo jadam ją  na śniadanie,  na obiad, a bywa, że i na kolację.

Oby wam zasmakowała tak jak nam.