(POPRAWKA ! POPRAWKA ! POPRAWKA ! Zastąpiłam całość krupczatki zwykłą mąką, dodałam jeszcze jedną łyżkę oleju i dopiero teraz ciasto jest najlepsze - bo jeszcze bardziej elastyczne.
Albo "gumowate" jak mówią niektórzy)
Miałam już od jakiegoś czasu ochotę na zrobienie domowej tortilli, ale kilka pierwszych przepisów jakie znalazłam rozbawiło mnie dosyć, gdy dość szczegółowo opisano, w jakim sklepie i pod jaką marką powinnam tę tortillę kupić.
Nie jestem żadną eko-mamą , ale zdecydowanie nie o to mi chodziło.
Sama nagminnie kupuję gotowe surowe ciasto francuskie bo nie potrafię przygotować takiego w domu, ale ciasto na tortillę okazało się być bardzo niekłopotliwym, szybkim, i w domowej wersji - niezwykle smacznym.
250 ml mąki krupczatki
250 ml mąki pszennej
1/2 łyżeczki soli
3 łyżki oleju
180 ml wrzącej wody
Mąki i sól mieszamy, wlewamy wodę z olejem, i najpierw mieszamy to łopatką, żeby nie poparzyć rąk, a następnie zagniatamy ręką.
Ciasto zagniata się szybko i sprawnie, jest mięciutkie i elastyczne. Nie ma potrzeby podsypywania mąką, bo się nie klei. Wyrabiamy 2-3 minutki i formujemy kulę, którą wg przepisu, który znalazłam dzielimy na 8 części. I rzeczywiście z tej wielkości wychodzi tortilla na rozmiar standardowej patelni, ale następnym razem zwiększę porcję i upiekę placuszki o większej średnicy - łatwiej będzie je później zawinąć.
Z każdej z części, formujemy małą kulkę i rozwałkowujemy z niej koło (albo tak jak ja - coś na kształt koła). Ciasto jest bardzo elastyczne i miękkie. Bardzo łatwo się je wałkuje. Ważne żeby placuszki były cieniutkie. Bardzo cieniutkie. Nie potrafię określić tego miarą (nie potrafię obsługiwać suwmiarki, ale pocieszam się myślą, że połowa dziewczyn nawet nie wie co to jest suwmiarka ;) ).
Zrobiłam zdjęcie, na którym widać, że rozwałkowane ciasto jest półprzezroczyste, tak jest cienkie. Ale mimo to nie rozrywa się i nie pęka. (Pytam zupełnie poważnie, tych którzy coś na ten temat wiedzą, czy ja mogę rozpoczynać zdanie pisane od "ale" ?)
Taki placuszek kładziemy na suchą nagrzaną patelnię. Jeśli jest dobrze nagrzana wystarczy mu jakieś max. 10 sekund. Przerzucamy na drugą stronę na kolejne 10 sekund ( a czasami i mniej, więc trzeba sprawdzać ), i ponownie na pierwszą stronę, na kilka sekund, by pojawił się wewnątrz pęcherz z powietrzem. Wtedy ściągamy.
Trochę się rozpisałam, ale tak naprawdę przygotowanie ciasta, i upieczenie 8 tortilli zajęło mi nie więcej niż 25 minut. Mam radę dla was, i dla siebie na przyszłość też - najpierw rozwałkujcie wszystkie placki, a potem je pieczcie. Pieką się bardzo szybko i trzeba wtedy przy nich stać, więc żeby rozwałkować kolejny, musiałam ściągać patelnię z ognia, a następnie nagrzewać ją na nowo.
A co do środka? Co chcecie. Mogą być warzywa z tuńczykiem, kurczakiem albo same warzywa.
Ja przesmażyłam kawałki kurczaka, zmieszane wcześniej z solą, przyprawami i przepuszczonym przez praskę czosnkiem. Pokroiłam paprykę, kukurydzę, pomidory i świeże ogórki, dodałam sałatę lodową i polałam sosem na bazie gęstego jogurtu z majonezem.
Obiad był pyszny i szybki. A co najważniejsze: był!
Bo ostatnio, to różnie bywało...
A w kuchni robi się właśnie zakwas na chleb, więc następny przepis nie będzie ani szybki ani łatwy.
Ale jak wiemy, do odważnych świat należy.
Tak więc zaopatrzcie się już w mąkę żytnią. I pszenną też. Jeśli to będzie mąka pszenna chlebowa to już w ogóle będzie super. Ja w mąkę zaopatruję się w młynie w Jordanowie Śląskim
http://ekomlyn.pl
Polecam.
22 lip 2016
3 lip 2016
Prosta historia - makaron z pomidorami
Wróciliśmy dziś z wycieczki rowerowej zmęczeni i głodni.
Obiadu nie było i nikomu specjalnie nie chciało się go robić. Za to wszystkim chciało się jeść.
Dzień wcześniej, na mojej ulubionej stronie z przepisami GOTUJĘ BO LUBIĘ wpadł mi w oko przepis na niezwykle prosty i lekki makaron z pomidorami z puszki i bazylią.
* 250 g wędzonego boczku
* 2 puszki krojonych pomidorów
* 3 ząbki czosnku
* 1 ostra papryczka
* ok. 20-25 liści bazylii
* 2 pełne łyżki tartego parmezanu
* 2 łyżki oliwy
* 1 płaska łyżka cukru
* sól
Dodatkowo:
* ok. 350-400g makaronu penne
* świeża bazylia do podania
Bogu dzięki, mieszkamy dwa kroki do sklepu, więc wysłałam tam męża, a sama zaczęłam już skubać listki bazylii i obierać czosnek.
Kiedy Mariusz wrócił z produktami, pokroiłam i wysmażyłam cieniutki jak pergamin boczek i dodałam czosnek przeciśnięty przez praskę i też lekko przesmażyłam. W międzyczasie gotował się już makaron.
W oryginalnym przepisie jest jeszcze oczywiście oliwa z oliwek ale z boczku wytopiło się wystarczająco tłuszczu. Kiedy następnym razem zrobię wersję wege, użyję też oliwy.
Na patelnię, do boczku i czosnku dodałam dwie puszki krojonych pomidorów, łyżkę cukru trzcinowego (oczywiście może być i biały), sól, bazylię - dużo, bardzo dużo, i jako że nie dodałam ostrej papryczki z przepisu, bo nie przepadamy za pikantną kuchnią, posypałam odrobinką ostrej papryki w proszku.
Kiedy sos odparuje, wrzucamy do niego makaron (lekko jeszcze twardy) i ciągle mieszając, jakąś minutkę - dwie, trzymamy na ogniu.
Na talerzu posypujemy jeszcze świeżą bazylią i serem. Najbardziej oczywisty jest parmezan, który zawsze się sprawdza, ale tym razem, mój mąż - miłośnik serów wszelakich, kupił w Biedrze jakiś hiszpański ser z mleka owczego, koziego i krowiego- QUESO IBERICO, i trafił w dziesiątkę. Ser był pyszny, delikatny, nie tak słodki jak parmezan, który lubi dominować. No było pysznie.
Kolejne danie w 20min :)
Ja mam świadomość, że Ameryki nie odkrywam. Makaron z pomidorowym sosem to chyba najbardziej popularne danie i każdy potrafi je zrobić. Ale też zauważyłam, że przyrządzane jest na wiele sposobów, od torebek Knora poczynając, przez przeciery w kartonikach, na świeżych pomidorach kończąc.
A znam i takich smakoszy, którzy uważają, że najlepszy jest makaron polany ketchupem :) (Tymek, lat 8)
Ta wersja smakuje mi najbardziej ze wszystkich, które robiłam do tej pory. Jest lekka i bardzo aromatyczna. Oczywiście, jak to ja, dodałam chyba dwa razy więcej bazylii i czosnku niż w oryginalnym przepisie.
W mojej rodzinie powszechnie znane są moje skłonności do przesady :)
A skoro tyle o bazylii, nie mogę nie wspomnieć o Ogrodach Ziołowych na Bielanach Wrocławskich.
Mimo, że od dawna obserwowałam ich stronę internetową i sklep na tej stronie, dopiero gdy pojawiłam się osobiście na miejscu zakochałam się na amen.
Pomijam już imponującą mnogość i różnorodność sprzedawanych tam ziół. Ja zwykle używam bardzo podstawowych ziół i tych najbardziej popularnych odmian. Chyba nie mam odwagi eksperymentować w kuchni, gotuję bardzo proste i powszechnie znane dania, ale nawet te najbardziej banalne, smakują zupełnie inaczej, są nieporównywalnie bardziej aromatyczne i szlachetne, kiedy suszone zioła zastąpimy świeżymi.
Zioła, które tam sprzedają są świeżo zielone, zdrowe, piękne i dorodne. A jak pachną...
Bardzo, bardzo polecam wam to miejsce. Tak jak wolę zakupy przez internet, i właściwie już chyba wszystko kupuję w ten sposób, tak ziołowe zakupy na Bielanach Wrocławskich wspominam jako wielką przyjemność, i w najbliższym czasie zamierzam ją powtórzyć.
http://ogrodyziolowe.pl/
(nie, wpis nie jest sponsorowany :) )
I to właściwie byłby koniec, gdyby nie to, że obiecałam sobie, że tym razem już na pewno zachęcę was do przyrządzania domowych koktajli.
Na letnie upały, połączenie chłodzącego kefiru i owoców, jest idealne.
Ja, dopiero w zeszłym roku odważyłam się zacząć eksperymentować z różnymi owocami, a nie poprzestawać tylko na (pysznych, skądinąd) truskawkach.
Warto próbować mieszać i szukać swoich smaków.
Używając bardziej kwaśnych owoców, dosłodzić taki koktajl można miodem, ksylitolem (cukrem brzozowym), cukrem trzcinowym (brązowym), albo jak ja - trującym słodzikiem dla diabetyków :)
Moja siostra koktajle, które podaje swojej małej córeczce dosładza bardzo dojrzałymi bananami :)
Mój obecny hit to: mango, banan, jabłko, wszystkiego po 1szt i 0,5l kefiru.
Próbujcie, smakujcie. Zawsze powtarzam, że "cokolwiek" zrobione samodzielnie w domu ze świeżych produktów, będzie lepsze niż kupione w sklepie ( tak też sobie tłumaczę wszystkie moje kulinarne niedociągnięcia :) )
całusy
Obiadu nie było i nikomu specjalnie nie chciało się go robić. Za to wszystkim chciało się jeść.
Dzień wcześniej, na mojej ulubionej stronie z przepisami GOTUJĘ BO LUBIĘ wpadł mi w oko przepis na niezwykle prosty i lekki makaron z pomidorami z puszki i bazylią.
* 250 g wędzonego boczku
* 2 puszki krojonych pomidorów
* 3 ząbki czosnku
* 1 ostra papryczka
* ok. 20-25 liści bazylii
* 2 pełne łyżki tartego parmezanu
* 2 łyżki oliwy
* 1 płaska łyżka cukru
* sól
Dodatkowo:
* ok. 350-400g makaronu penne
* świeża bazylia do podania
Bogu dzięki, mieszkamy dwa kroki do sklepu, więc wysłałam tam męża, a sama zaczęłam już skubać listki bazylii i obierać czosnek.
Kiedy Mariusz wrócił z produktami, pokroiłam i wysmażyłam cieniutki jak pergamin boczek i dodałam czosnek przeciśnięty przez praskę i też lekko przesmażyłam. W międzyczasie gotował się już makaron.
W oryginalnym przepisie jest jeszcze oczywiście oliwa z oliwek ale z boczku wytopiło się wystarczająco tłuszczu. Kiedy następnym razem zrobię wersję wege, użyję też oliwy.
Na patelnię, do boczku i czosnku dodałam dwie puszki krojonych pomidorów, łyżkę cukru trzcinowego (oczywiście może być i biały), sól, bazylię - dużo, bardzo dużo, i jako że nie dodałam ostrej papryczki z przepisu, bo nie przepadamy za pikantną kuchnią, posypałam odrobinką ostrej papryki w proszku.
Kiedy sos odparuje, wrzucamy do niego makaron (lekko jeszcze twardy) i ciągle mieszając, jakąś minutkę - dwie, trzymamy na ogniu.
Na talerzu posypujemy jeszcze świeżą bazylią i serem. Najbardziej oczywisty jest parmezan, który zawsze się sprawdza, ale tym razem, mój mąż - miłośnik serów wszelakich, kupił w Biedrze jakiś hiszpański ser z mleka owczego, koziego i krowiego- QUESO IBERICO, i trafił w dziesiątkę. Ser był pyszny, delikatny, nie tak słodki jak parmezan, który lubi dominować. No było pysznie.
Kolejne danie w 20min :)
Ja mam świadomość, że Ameryki nie odkrywam. Makaron z pomidorowym sosem to chyba najbardziej popularne danie i każdy potrafi je zrobić. Ale też zauważyłam, że przyrządzane jest na wiele sposobów, od torebek Knora poczynając, przez przeciery w kartonikach, na świeżych pomidorach kończąc.
A znam i takich smakoszy, którzy uważają, że najlepszy jest makaron polany ketchupem :) (Tymek, lat 8)
Ta wersja smakuje mi najbardziej ze wszystkich, które robiłam do tej pory. Jest lekka i bardzo aromatyczna. Oczywiście, jak to ja, dodałam chyba dwa razy więcej bazylii i czosnku niż w oryginalnym przepisie.
W mojej rodzinie powszechnie znane są moje skłonności do przesady :)
A skoro tyle o bazylii, nie mogę nie wspomnieć o Ogrodach Ziołowych na Bielanach Wrocławskich.
Mimo, że od dawna obserwowałam ich stronę internetową i sklep na tej stronie, dopiero gdy pojawiłam się osobiście na miejscu zakochałam się na amen.
Pomijam już imponującą mnogość i różnorodność sprzedawanych tam ziół. Ja zwykle używam bardzo podstawowych ziół i tych najbardziej popularnych odmian. Chyba nie mam odwagi eksperymentować w kuchni, gotuję bardzo proste i powszechnie znane dania, ale nawet te najbardziej banalne, smakują zupełnie inaczej, są nieporównywalnie bardziej aromatyczne i szlachetne, kiedy suszone zioła zastąpimy świeżymi.
Zioła, które tam sprzedają są świeżo zielone, zdrowe, piękne i dorodne. A jak pachną...
Bardzo, bardzo polecam wam to miejsce. Tak jak wolę zakupy przez internet, i właściwie już chyba wszystko kupuję w ten sposób, tak ziołowe zakupy na Bielanach Wrocławskich wspominam jako wielką przyjemność, i w najbliższym czasie zamierzam ją powtórzyć.
http://ogrodyziolowe.pl/
(nie, wpis nie jest sponsorowany :) )
I to właściwie byłby koniec, gdyby nie to, że obiecałam sobie, że tym razem już na pewno zachęcę was do przyrządzania domowych koktajli.
Na letnie upały, połączenie chłodzącego kefiru i owoców, jest idealne.
Ja, dopiero w zeszłym roku odważyłam się zacząć eksperymentować z różnymi owocami, a nie poprzestawać tylko na (pysznych, skądinąd) truskawkach.
Warto próbować mieszać i szukać swoich smaków.
Używając bardziej kwaśnych owoców, dosłodzić taki koktajl można miodem, ksylitolem (cukrem brzozowym), cukrem trzcinowym (brązowym), albo jak ja - trującym słodzikiem dla diabetyków :)
Moja siostra koktajle, które podaje swojej małej córeczce dosładza bardzo dojrzałymi bananami :)
Mój obecny hit to: mango, banan, jabłko, wszystkiego po 1szt i 0,5l kefiru.
Próbujcie, smakujcie. Zawsze powtarzam, że "cokolwiek" zrobione samodzielnie w domu ze świeżych produktów, będzie lepsze niż kupione w sklepie ( tak też sobie tłumaczę wszystkie moje kulinarne niedociągnięcia :) )
całusy
6 cze 2016
MAŚLANKOWE
Sezon na młode ziemniaczki w pełni, dlatego też przez ostatnie kilkanaście dni nasze obiady były bardzo monotematyczne, ale też bardzo smaczne. Codziennie to samo: młode ziemniaczki z masełkiem, koperkiem i smażone jajko - tak lubią moje dzieci. Albo z pałkami z kurczaka i mizerią, czy ogóreczkami małosolnymi. Albo z sałatą ze śmietaną, albo bez sałaty :)
A na kolację...
A na kolację odsmażane na masełku klarowanym, pokrojone w grube plastry i podane z zsiadłym mlekiem do popicia.
Mogłabym jeść tak na okrągło.
Jak widać nic nowego ostatnimi czasy nie ugotowałam.
Ale za to upiekłam.
Upiekłam wczoraj bardzo smaczne ciasto na maślance. Ciasto z owocami, bo latem mam ochotę na takie z dużą ilością świeżych owoców. Tym razem padło na truskawki i borówki, ale ostatnim razem, kiedy nie było jeszcze sezonowych owoców, upiekłam je z brzoskwiniami z puszki i borówkami i też było bardzo smaczne.
Ciasto z brzoskwiniami miało nieco ciemniejszy kolor, bo okazało się, że nie mamy w domu białego cukru, więc zastąpiłam go trzcinowym.
Ten maślankowy placek jest niezwykle prosty w przygotowaniu. Idealnie nadaje się na pierwszy dziewiczy wypiek, dla wszystkich tych, który myślą, że piec nie potrafią i nigdy potrafić nie będą.
Wystarczy do jednej miski wsypać i wymieszać łyżką wszystkie suche składniki ciasta, a do drugiej miski wlać wszystkie mokre składniki, i również wymieszać łyżką. Nie musi być jakoś szczególnie dokładnie. Następnie połączyć ze sobą składniki suche i mokre i energicznie przemieszać. I koniec.
Przełożyć na blachę, ułożyć owoce, posypać kruszonką.
Prawda, że do zrobienia?
Pieczemy ok. 45min w 180'C w takiej typowo sernikowej blaszce (patrz: prostokątnej nie większej niż 40x25cm)
Nie na najniższym poziomie, ale też nie na środkowym, Pomiędzy nimi :)
składniki suche:
1 szkl. cukru
2,5 szkl. mąki
3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy, a najlepiej cukier z wanilią albo ekstrakt waniliowy ( 2-3 łyżeczki )
100g startej na grubych oczkach tarki, białej czekolady
składniki mokre:
3 jajka
1 szkl. maślanki
0,5 szkl. oleju
kruszonka:
3 czubate łyżki cukru pudru
3 czubate łyżki mąki
3 czubate łyżki miękkiego masła
wszystkie składniki kruszonki łączymy lekko mieszając je ręką
Próbujcie, i nie zrażajcie się pierwszymi niepowodzeniami.
Zapach świeżo upieczonego ciasta poprawia nastrój wszystkim domownikom.
I nawet moja nigdy nie ogarnięta kuchnia, ze stosem naczyń wylewających się ze zlewu, wygląda jakby ładniej i czyściej kiedy przez szybkę piekarnika widać rumieniące się ciasto.
Smacznego!
A na kolację...
A na kolację odsmażane na masełku klarowanym, pokrojone w grube plastry i podane z zsiadłym mlekiem do popicia.
Mogłabym jeść tak na okrągło.
Jak widać nic nowego ostatnimi czasy nie ugotowałam.
Ale za to upiekłam.
Upiekłam wczoraj bardzo smaczne ciasto na maślance. Ciasto z owocami, bo latem mam ochotę na takie z dużą ilością świeżych owoców. Tym razem padło na truskawki i borówki, ale ostatnim razem, kiedy nie było jeszcze sezonowych owoców, upiekłam je z brzoskwiniami z puszki i borówkami i też było bardzo smaczne.
Ciasto z brzoskwiniami miało nieco ciemniejszy kolor, bo okazało się, że nie mamy w domu białego cukru, więc zastąpiłam go trzcinowym.
Ten maślankowy placek jest niezwykle prosty w przygotowaniu. Idealnie nadaje się na pierwszy dziewiczy wypiek, dla wszystkich tych, który myślą, że piec nie potrafią i nigdy potrafić nie będą.
Wystarczy do jednej miski wsypać i wymieszać łyżką wszystkie suche składniki ciasta, a do drugiej miski wlać wszystkie mokre składniki, i również wymieszać łyżką. Nie musi być jakoś szczególnie dokładnie. Następnie połączyć ze sobą składniki suche i mokre i energicznie przemieszać. I koniec.
Przełożyć na blachę, ułożyć owoce, posypać kruszonką.
Prawda, że do zrobienia?
Pieczemy ok. 45min w 180'C w takiej typowo sernikowej blaszce (patrz: prostokątnej nie większej niż 40x25cm)
Nie na najniższym poziomie, ale też nie na środkowym, Pomiędzy nimi :)
składniki suche:
1 szkl. cukru
2,5 szkl. mąki
3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy, a najlepiej cukier z wanilią albo ekstrakt waniliowy ( 2-3 łyżeczki )
100g startej na grubych oczkach tarki, białej czekolady
składniki mokre:
3 jajka
1 szkl. maślanki
0,5 szkl. oleju
kruszonka:
3 czubate łyżki cukru pudru
3 czubate łyżki mąki
3 czubate łyżki miękkiego masła
wszystkie składniki kruszonki łączymy lekko mieszając je ręką
Próbujcie, i nie zrażajcie się pierwszymi niepowodzeniami.
Zapach świeżo upieczonego ciasta poprawia nastrój wszystkim domownikom.
I nawet moja nigdy nie ogarnięta kuchnia, ze stosem naczyń wylewających się ze zlewu, wygląda jakby ładniej i czyściej kiedy przez szybkę piekarnika widać rumieniące się ciasto.
Smacznego!
4 cze 2016
PASTA I BASTA ! / PASTY Z SUSZONYCH POMIDORÓW I JAJECZNO-POROWA
Nie, nie makarony.
Dziś pasty do smarowania chleba - i nie tylko.
Już jakiś czas temu przestaliśmy kupować plasterki wędlin na kanapki. Nawet nie wedle ideologii, że niezdrowe i naszpikowane konserwantami. Po prostu chyba się przejedliśmy.
A że chleb, wbrew powszechnie panującej modzie, lubimy i jemy w dużych ilościach, trzeba było poszukać czegoś z czym ten chlebek można zjeść.
Choć sery wszelakie bardzo lubimy i jemy chętnie, to nie samym serem żyje człowiek :)
Zaczęłam szukać w internecie i okazało się, że przepisów na pasty jest naprawdę dużo. I tych tradycyjnych, które znamy z dzieciństwa (choćby jajeczna, czy z tuńczykiem i białym serem), i tych których smaku nie znałam wcześniej. Są bajecznie proste, bo zwykle trzeba coś zblendować - i tyle.
Mimo, że ciągle chętnie próbuję nowych, to mam kilka sprawdzonych przepisów, które na stałe zagościły w naszej kuchni, i właściwie zawsze któreś z podanych smarowideł mam w lodówce.
Znam trzy pasty na bazie suszonych pomidorów ze słoika i mimo, że wizualnie wyglądają bardzo podobnie, to każda ma swój charakterystyczny smak. Każdą bardzo lubimy i robię je naprzemiennie.
Do pierwszej z nich, oprócz słoika suszonych pomidorów dodaję świeżą bazylię - listki z całego krzaczka (bez łodyżek!) i ugotowaną kaszę jaglaną - jeden woreczek. Wszystko delikatnie solimy i miksujemy blenderem na jednolitą masę. Kaszę trzeba dobrze ugotować, a nawet rozgotować. Może jeszcze z 10min postać w wodzie, w której się gotowała. Najlepiej wszystko mi się łączy kiedy kasza jest ciągle ciepła.
Następna pasta jest z piersią kurczaka - ugotowaną oczywiście. Na pojedynczą pierś daję 1 słoik pomidorów, i łyżeczkę koncentratu pomidorowego, łyżeczkę sproszkowanej papryki (świetnie się sprawdza wędzona papryka w proszku) i sól do smaku.
Żeby konsystencja była bardziej smarowna, dolewam część zalewy (olej z ziołami), w której pływały pomidory w słoiku. Właściwie dolewam ją do każdej z pomidorowych past.
Kolejna wersja to wersja z tuńczykiem. Na słoik pomidorów daję 2 puszki tuńczyka w sosie własnym, 2 ząbki czosnku, 1 łyżeczkę papryki w proszku (może być wędzona) i 1 opakowanie serka białego naturalnego - takiego do smarowania pieczywa. Nie kołacze mi się po głowie żadna konkretna nazwa. Zwykle borę co jest w sklepie i zawsze jest dobrze.Solimy.
Mój maż upiera się, że następna pasta to sałatka ze względu na konsystencję. Rzeczywiście nie jest typowym smarowidłem, ale jemy ją na chlebie w formie kanapki.
Choć wydawać by się mogło, że z uwagi na dużą ilość jajek (ok.10) będzie to pasta jajeczna, to główne skrzypce gra tu por - warzywo, którego szczerze nienawidziłam, do niedawna.
Pewnie każda "prawdziwa gospodyni" wie to od zawsze, ja dowiedziałam się całkiem niedawno, że żeby pozbyć się z pora tej nieprzyjemnej goryczki, wystarczy posiekane w drobne talarki warzywo przelać na sitku wrzącą wodą, a następnie od razu zimną.
Przyznam, że od kiedy to wiem, warzywo to gości na naszym stole coraz częściej.
Tak więc, (mam cichą nadzieję, że nie czyta tego żadna polonistka, bo pamiętam ze szkoły, że coś nie tak było ze zwrotem "tak więc", nie pamiętam tylko co...) siekam ok. 10 ugotowanych jajek, poszatkowany por - kilka sztuk (zwykle por sałatkowy sprzedają w zafoliowanych paczkach, po kilka sztuk właśnie) puszkę kukurydzy, kilka łyżek majonezu, sól, i coś do związania/zagęszczenia - do wyboru: dla odchudzających się - biały serek (głupia ja - odchudzający się, w życiu nie zjedzą pasty z majonezem :) ), a dla tych którzy mogą sobie pozwolić na wiele - żółty ser starty na drobnej tarce. Ciężko określić ile. Będzie widać :)
Jako że wszystko jest lekko mdłe, dodaję do wyboru: pokrojone oliwki, ogórki kiszone albo takie w occie.
Dodaję też jakieś kiełki, jakie akurat wzeszły na parapecie. Te kiełki to chyba po to żeby mieć poczucie, że pasta może i kaloryczna, ale zdrowa. I pyszna.
Nie mam niestety zdjęcia paprykarzu, który robiłam jakiś czas temu. Może zaginęło w odmętach mojego komputera. A może, co się nie często zdarza w naszym domu, ale jednak się zdarza - został zjedzony nim zostało zrobione zdjęcie. Mąż już wie: najpierw zdjęcia - potem jedzenie. Nie odważył by się inaczej ;)
Paprykarz ma swoich zwolenników i przeciwników. Ja bardzo lubię. Ja jestem jeszcze z tego pokolenia, które spało pod namiotami i jadło konserwy z puszki zamiast McDonald's.
A domowy paprykarz....
Przepis znalazłam na blogu "Przy kuchennym stole".
I wszystko prawda, ale jednak najlepszym dodatkiem do chleba jest masło. Najlepiej solone, z posiekaną bazylią, rozmarynem, oregano.
Ten zapach, kiedy rozpuszcza się na świeżym, cieplutkim jeszcze chlebie...
Ale o chlebie innym razem.
Podam wam tak banalnie prosty przepis na pyszny chleb, ze nie chcę słyszeć więcej skomlenia: "...ale ja nie potrafię".
Dziś pasty do smarowania chleba - i nie tylko.
Już jakiś czas temu przestaliśmy kupować plasterki wędlin na kanapki. Nawet nie wedle ideologii, że niezdrowe i naszpikowane konserwantami. Po prostu chyba się przejedliśmy.
A że chleb, wbrew powszechnie panującej modzie, lubimy i jemy w dużych ilościach, trzeba było poszukać czegoś z czym ten chlebek można zjeść.
Choć sery wszelakie bardzo lubimy i jemy chętnie, to nie samym serem żyje człowiek :)
Zaczęłam szukać w internecie i okazało się, że przepisów na pasty jest naprawdę dużo. I tych tradycyjnych, które znamy z dzieciństwa (choćby jajeczna, czy z tuńczykiem i białym serem), i tych których smaku nie znałam wcześniej. Są bajecznie proste, bo zwykle trzeba coś zblendować - i tyle.
Mimo, że ciągle chętnie próbuję nowych, to mam kilka sprawdzonych przepisów, które na stałe zagościły w naszej kuchni, i właściwie zawsze któreś z podanych smarowideł mam w lodówce.
Znam trzy pasty na bazie suszonych pomidorów ze słoika i mimo, że wizualnie wyglądają bardzo podobnie, to każda ma swój charakterystyczny smak. Każdą bardzo lubimy i robię je naprzemiennie.
Do pierwszej z nich, oprócz słoika suszonych pomidorów dodaję świeżą bazylię - listki z całego krzaczka (bez łodyżek!) i ugotowaną kaszę jaglaną - jeden woreczek. Wszystko delikatnie solimy i miksujemy blenderem na jednolitą masę. Kaszę trzeba dobrze ugotować, a nawet rozgotować. Może jeszcze z 10min postać w wodzie, w której się gotowała. Najlepiej wszystko mi się łączy kiedy kasza jest ciągle ciepła.
Następna pasta jest z piersią kurczaka - ugotowaną oczywiście. Na pojedynczą pierś daję 1 słoik pomidorów, i łyżeczkę koncentratu pomidorowego, łyżeczkę sproszkowanej papryki (świetnie się sprawdza wędzona papryka w proszku) i sól do smaku.
Żeby konsystencja była bardziej smarowna, dolewam część zalewy (olej z ziołami), w której pływały pomidory w słoiku. Właściwie dolewam ją do każdej z pomidorowych past.
Kolejna wersja to wersja z tuńczykiem. Na słoik pomidorów daję 2 puszki tuńczyka w sosie własnym, 2 ząbki czosnku, 1 łyżeczkę papryki w proszku (może być wędzona) i 1 opakowanie serka białego naturalnego - takiego do smarowania pieczywa. Nie kołacze mi się po głowie żadna konkretna nazwa. Zwykle borę co jest w sklepie i zawsze jest dobrze.Solimy.
Mój maż upiera się, że następna pasta to sałatka ze względu na konsystencję. Rzeczywiście nie jest typowym smarowidłem, ale jemy ją na chlebie w formie kanapki.
Choć wydawać by się mogło, że z uwagi na dużą ilość jajek (ok.10) będzie to pasta jajeczna, to główne skrzypce gra tu por - warzywo, którego szczerze nienawidziłam, do niedawna.
Pewnie każda "prawdziwa gospodyni" wie to od zawsze, ja dowiedziałam się całkiem niedawno, że żeby pozbyć się z pora tej nieprzyjemnej goryczki, wystarczy posiekane w drobne talarki warzywo przelać na sitku wrzącą wodą, a następnie od razu zimną.
Przyznam, że od kiedy to wiem, warzywo to gości na naszym stole coraz częściej.
Tak więc, (mam cichą nadzieję, że nie czyta tego żadna polonistka, bo pamiętam ze szkoły, że coś nie tak było ze zwrotem "tak więc", nie pamiętam tylko co...) siekam ok. 10 ugotowanych jajek, poszatkowany por - kilka sztuk (zwykle por sałatkowy sprzedają w zafoliowanych paczkach, po kilka sztuk właśnie) puszkę kukurydzy, kilka łyżek majonezu, sól, i coś do związania/zagęszczenia - do wyboru: dla odchudzających się - biały serek (głupia ja - odchudzający się, w życiu nie zjedzą pasty z majonezem :) ), a dla tych którzy mogą sobie pozwolić na wiele - żółty ser starty na drobnej tarce. Ciężko określić ile. Będzie widać :)
Jako że wszystko jest lekko mdłe, dodaję do wyboru: pokrojone oliwki, ogórki kiszone albo takie w occie.
Dodaję też jakieś kiełki, jakie akurat wzeszły na parapecie. Te kiełki to chyba po to żeby mieć poczucie, że pasta może i kaloryczna, ale zdrowa. I pyszna.
Nie mam niestety zdjęcia paprykarzu, który robiłam jakiś czas temu. Może zaginęło w odmętach mojego komputera. A może, co się nie często zdarza w naszym domu, ale jednak się zdarza - został zjedzony nim zostało zrobione zdjęcie. Mąż już wie: najpierw zdjęcia - potem jedzenie. Nie odważył by się inaczej ;)
Paprykarz ma swoich zwolenników i przeciwników. Ja bardzo lubię. Ja jestem jeszcze z tego pokolenia, które spało pod namiotami i jadło konserwy z puszki zamiast McDonald's.
A domowy paprykarz....
Przepis znalazłam na blogu "Przy kuchennym stole".
Składniki:
- 1 makrela wędzona
- 50 g ryżu
- 1 marchewka
- 1 cebula
- 4 duże pieczarki
- 100 g przecieru pomidorowego
- 2 łyżeczki słodkiej mielonej papryki
- 2 ziarna ziela angielskiego
- 1 listek laurowy
- sól i pieprz do smaku
- szczypta pieprzu cayenne
- olej do smażenia Ryż ugotować na sypko.
Makrelę dokładnie oczyścić ze skóry i ości.
Marchewkę i pieczarki obrać, umyć, zetrzeć na dużych oczkach.Cebulę obrać i drobno posiekać. Zeszklić na niewielkiej ilości oleju razem z zielem angielskim i liściem laurowym. Dodać tartą marchewkę, wymieszać, podsmażyć, a po chwili dodać pieczarki. Smażyć na niedużym ogniu, aż warzywa zmiękną. Wyjąć liść laurowy i ziele angielskie.Warzywa na patelni doprawić papryką, solą i pieprzem, dodać koncentrat. Jeszcze chwilę smażyć, po czym zdjąć patelnię z ognia, lekko przestudzić. Dodać ryż i makrelę, dokładnie wymieszać doprawiając masę szczyptą pieprzu cayenne. Ewentualnie jeszcze doprawić do smaku solą i pieprzem.Odstawić do całkowitego ostygnięcia, a najlepiej jeszcze całość schłodzić w lodówce przez noc.
I wszystko prawda, ale jednak najlepszym dodatkiem do chleba jest masło. Najlepiej solone, z posiekaną bazylią, rozmarynem, oregano.
Ten zapach, kiedy rozpuszcza się na świeżym, cieplutkim jeszcze chlebie...
Ale o chlebie innym razem.
Podam wam tak banalnie prosty przepis na pyszny chleb, ze nie chcę słyszeć więcej skomlenia: "...ale ja nie potrafię".
14 maj 2016
SZYBKI POST - SZYBKI OBIAD / PYSZNOŚCI W CIEŚCIE FRANCUSKIM
Dziś szybko i krótko.
Mąż przyniósł ze sklepu ciasto francuskie. Sztuk ...
zdecydowanie nie jedną.
Znakiem tego była promocja.
Promocje mąż lubi. Bardzo lubi. W promocji przyniósł kiedyś marmoladę figową !
Kiedy w miarę spokojnie (jeszcze) zapytałam - PO CO?! Usłyszałam: - No, w promocji była...
Nie żeby był jakimś skrajnym przypadkiem. Nigdy nie przyniósł do domu 12 puszek tuńczyka, czy 20 kostek masła :) ( serdecznie pozdrawiamy wujka Jacka ).
Zwykle z gotowego ciasta francuskiego robię ekspresowe ciasteczka, kiedy wpadają niespodziewani goście, albo mi niespodziewanie spada poziom cukru, a wzrasta poziom napięcia.
Tym razem powstało bardzo szybkie danie obiadowe. Takie od ręki, wystarczy na nie 30 - 40 min.
Zwykle, kiedy jadłam je u mojej siostry, byłam przekonana, że jest bardzo czasochłonne i skomplikowane - więc nie dla mnie. Pozory mylą.
Poddusiłam na patelni pokrojoną pierś z kurczaka, 1 czerwoną paprykę, 1 cebulę i pudełko pieczarek - zupełnie nie pamiętam ile mieści się w takim pudełku. Nie ma to większego znaczenia, to nie apteka. Doprawiłam jak zwykle sosem sojowym - to moja ulubiona przyprawa i dodaję ją niemal do wszystkiego. Zawsze kupuję jasny sos sojowy firmy TaoTao.
Oregano - do dań z pieczarkami zwykle dodaję go sporo. Bardzo mi te dwa smaki współgrają.
Sól i pieprz - oczywiście.
Duszę to jakieś 10 min na łyżce oleju czy masła.
Arkusz ciasta wystarcza na dwie porcje. Przekrawam go na pół. Każdą połowę nacinam według podanego wzoru . Ten wzór rysowałam dobre pół godziny w programie Paint. Ile się przy tym naklęłam i namarudziłam to moje. Czułam się jak moje dziecko, które odrabiając zadania domowe, z językiem na wierzchu skrobie w zeszycie ołówkiem, po czym okazuje się, że to nie ta liniatura, więc zmazuje gumką. I znowu skrobie, i okazuje się, że nie zaczęło od dużej litery, więc znowu zmazuje i poprawia. A potem okazuje się, że to nie to zadanie, więc zmazuje...
No czułam się dokładnie tak samo, a umówmy się, schemat raczej z tych banalnych :)
Na środku, wzdłuż arkusza kładę plastry żółtego sera, na to wykładam lekko przestudzony farsz z patelni, i zakrywam go na przemian naciętymi paskami ciasta, lekko po skosie. Całość przesmarowuję pędzelkiem rozbełtanym jajkiem - dla koloru i politury.
Wkładam do piekarnika nagrzanego na 200 - 210'C i nastawiam jeszcze termoobieg. Francuskie tak lubi. Jeśli nie macie termoobiegu, albo chwilowo nie działa :) nastawcie na 220'C i wcale się nie bójcie.
Na środkowej wysokości piekarnika i najlepiej na papierze do pieczenia. Wyciągam kiedy ładnie złapie kolor. Zwykle 10 - 15 min.
Ilość farszu którą podałam, wystarcza na 4 porcje. Czyli na 2 arkusze ciasta.
Wszystkim maruderom, którzy już pod nosem narzekają, że ciasto powinnam wykonać samodzielnie, mówię - NO WAY. To piekielnie czasochłonne i trudne ciasto do samodzielnego wykonania. Potrzeba przewałkować ułożone na przemian dwa rodzaje ciasta: pierwsze składa się z mąki, jaj, soli i octu, a drugie z masła z niewielkim dodatkiem mąki. Bardzo precyzyjnie rozwałkuje się się je składając na 4 warstwy, następnie odstawia do schłodzenia. Powtarza się to od 4 do 6 razy, przy czym wałkowanie musi być przerywane chłodzeniem. dzięki temu właśnie ciasto ma strukturę cieniutkich listków, których powinno być ok. 700 !!!
Tak więc kiedy słyszę pytanie, czy ciasto francuskie robiłam sama czy kupiłam, wiem że interlokutor albo jest kulinarnym ignorantem, albo po prostu jest wybitnie złośliwy :)
Po wyciągnięciu z piekarnika sypię świeżą bazylią i rozmarynem.
Idealna jest do tego surówka z sałaty lodowej i pomidorka vel rzodkiewki z jogurtem i koniecznie! czosnkiem. Czosnek do tego dania jest bardzo wskazany.
Są tacy co jedzą z ketchupem, zabijając cały smak potrawy. Przemilczę.
Powiem wam dziewczyny, że mężowie będą was po tym daniu bardzo kochali.
Ba, powiedzą wam nawet: "No dobra, zamów tę sukienkę..."
A miał być szybki post.
Mąż przyniósł ze sklepu ciasto francuskie. Sztuk ...
zdecydowanie nie jedną.
Znakiem tego była promocja.
Promocje mąż lubi. Bardzo lubi. W promocji przyniósł kiedyś marmoladę figową !
Kiedy w miarę spokojnie (jeszcze) zapytałam - PO CO?! Usłyszałam: - No, w promocji była...
Nie żeby był jakimś skrajnym przypadkiem. Nigdy nie przyniósł do domu 12 puszek tuńczyka, czy 20 kostek masła :) ( serdecznie pozdrawiamy wujka Jacka ).
Zwykle z gotowego ciasta francuskiego robię ekspresowe ciasteczka, kiedy wpadają niespodziewani goście, albo mi niespodziewanie spada poziom cukru, a wzrasta poziom napięcia.
Tym razem powstało bardzo szybkie danie obiadowe. Takie od ręki, wystarczy na nie 30 - 40 min.
Zwykle, kiedy jadłam je u mojej siostry, byłam przekonana, że jest bardzo czasochłonne i skomplikowane - więc nie dla mnie. Pozory mylą.
Oregano - do dań z pieczarkami zwykle dodaję go sporo. Bardzo mi te dwa smaki współgrają.
Sól i pieprz - oczywiście.
Duszę to jakieś 10 min na łyżce oleju czy masła.
Arkusz ciasta wystarcza na dwie porcje. Przekrawam go na pół. Każdą połowę nacinam według podanego wzoru . Ten wzór rysowałam dobre pół godziny w programie Paint. Ile się przy tym naklęłam i namarudziłam to moje. Czułam się jak moje dziecko, które odrabiając zadania domowe, z językiem na wierzchu skrobie w zeszycie ołówkiem, po czym okazuje się, że to nie ta liniatura, więc zmazuje gumką. I znowu skrobie, i okazuje się, że nie zaczęło od dużej litery, więc znowu zmazuje i poprawia. A potem okazuje się, że to nie to zadanie, więc zmazuje...
No czułam się dokładnie tak samo, a umówmy się, schemat raczej z tych banalnych :)
![]() | |
30 min ciężkiej pracy... |
Na środku, wzdłuż arkusza kładę plastry żółtego sera, na to wykładam lekko przestudzony farsz z patelni, i zakrywam go na przemian naciętymi paskami ciasta, lekko po skosie. Całość przesmarowuję pędzelkiem rozbełtanym jajkiem - dla koloru i politury.
Wkładam do piekarnika nagrzanego na 200 - 210'C i nastawiam jeszcze termoobieg. Francuskie tak lubi. Jeśli nie macie termoobiegu, albo chwilowo nie działa :) nastawcie na 220'C i wcale się nie bójcie.
Na środkowej wysokości piekarnika i najlepiej na papierze do pieczenia. Wyciągam kiedy ładnie złapie kolor. Zwykle 10 - 15 min.
Ilość farszu którą podałam, wystarcza na 4 porcje. Czyli na 2 arkusze ciasta.
Wszystkim maruderom, którzy już pod nosem narzekają, że ciasto powinnam wykonać samodzielnie, mówię - NO WAY. To piekielnie czasochłonne i trudne ciasto do samodzielnego wykonania. Potrzeba przewałkować ułożone na przemian dwa rodzaje ciasta: pierwsze składa się z mąki, jaj, soli i octu, a drugie z masła z niewielkim dodatkiem mąki. Bardzo precyzyjnie rozwałkuje się się je składając na 4 warstwy, następnie odstawia do schłodzenia. Powtarza się to od 4 do 6 razy, przy czym wałkowanie musi być przerywane chłodzeniem. dzięki temu właśnie ciasto ma strukturę cieniutkich listków, których powinno być ok. 700 !!!
Tak więc kiedy słyszę pytanie, czy ciasto francuskie robiłam sama czy kupiłam, wiem że interlokutor albo jest kulinarnym ignorantem, albo po prostu jest wybitnie złośliwy :)
Po wyciągnięciu z piekarnika sypię świeżą bazylią i rozmarynem.
Idealna jest do tego surówka z sałaty lodowej i pomidorka vel rzodkiewki z jogurtem i koniecznie! czosnkiem. Czosnek do tego dania jest bardzo wskazany.
Są tacy co jedzą z ketchupem, zabijając cały smak potrawy. Przemilczę.
Powiem wam dziewczyny, że mężowie będą was po tym daniu bardzo kochali.
Ba, powiedzą wam nawet: "No dobra, zamów tę sukienkę..."
A miał być szybki post.
11 maj 2016
Majówka / MAKOWIEC JAPOŃSKI
Zastanawiamy się z Mariuszem co mam upiec na majowy weekend.
-Upiecz to kokosowe ciasto, które upiekłaś na poprzednie Boże Narodzenie! Było niespotykane i pyszne, a nigdy go nie powtórzyłaś...
Ciasto o którym mówił, to kokosowa masa, na biszkopcie posmarowanym, dżemem porzeczkowym. Całość obficie nasączona herbatą z odrobiną alkoholu.
Takie było założenie.
Tak było w przepisie.
Tylko, że ja zwykle nieco modyfikuję przepis. Zawsze mam nadzieję, że niezauważalnie...
Nie miałam żadnego alkoholu, nawet wódki. Ale w wielkim słoju miałam esencję waniliową, którą sama robię zwykle raz do roku. Zalewam porozcinane laski wanilii czystym spirytusem, i czekam. Po kilku tygodniach esencja nabiera głęboko brązowej barwy i niebiańsko pachnie wanilią. Dodaję ją niemal do wszystkich ciast i naleśników.
W przepisie stało jak byk, że potrzebuję ok. pół szklanki herbaty z alkoholem do nasączenia ciasta. Jako, że robiłam podwójną porcję - szklanki.
Nie znam się na alkoholach, nawet tych podstawowych. Nigdy nie wypiłam ani jednego kieliszka czystej wódki, i w tej swojej nieświadomości nie bardzo wiedziałam czym różni się wódka od spirytusu.
Mówiąc kolokwialnie, myślałam, że spirytus to "jakiś tam" rodzaj wódki.
Nie przedłużając - nasączyłam ciasto szklanką spirytusu z wanilią, bo stwierdziłam, że skoro kolor esencji taki ładny, głęboki, to po co podkolorować herbatą....
Tego nie dało się zjeść.
Wypalało usta
Mąż do dziś mówi, że to najlepsze ciasto jakie kiedykolwiek upiekłam...
Stanęło na tym, że na tegoroczną majówkę upiekę wilgotne ciasto makowe z jabłkami i bakaliami - tak zwany MAKOWIEC JAPOŃSKI
Ciasto to nie zawiera właściwie w ogóle mąki, za to ze względu na dużą ilość startych jabłek, jest cudownie wilgotne.
250g maku mielonego
mleko 1 szkl
5 jajek
450g startych jabłek
7 łyżek kaszy manny
130g masła
220g cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
bakalie - niepełna szklanka - ja dodaję skórkę pomarańczową, którą uwielbiam, namoczone wcześniej rodzynki i żurawinę suszoną
Mak namaczam w zagotowanym mleku i odstawiam do wystygnięcia.
Żółtka ucieram z cukrem i z masłem, a następnie po łyżce dodaję wystudzony mak. Potem dodaję pozostałe składniki, a na końcu porządnie ubitą pianę z białek, którą już nie miksujemy i nie ucieramy, a delikatnie próbujemy wmieszać .
Piekę ok 45-55min w ok 175'C
Polewa, to jak zwykle u mnie, w zależności od minionego święta:
1.Rozpuszczone w odrobinie mleka i łyżeczce masła - mikołaje i bombki, które moje dzieci dostają przy Bożym Narodzeniu w ilościach zastraszających.
2. Rozpuszczone w odrobinie mleka i łyżeczce masła - jajeczka wielkanocne, króliczki i kaczuszki i kurki...
Rozpuszczam to tałatajstwo w mleku i maśle, przegotowuję na małym gazie i polewa czekoladowa do ciast pierwsza klasa :)
Posypałam ciasto uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałów.
Kolejny przepis znalazłam na stronie "Gotuję bo lubię", z której często korzystam.
To przepis na kokosowe ciasto z jabłkami.
Jeszcze niedawno myślałam, że jabłka i wiórki kokosowe są nie do połączenia, a tu mile się zadziwiłam.
Przepis skopiuję, dodam tylko, że dosypałam od siebie garstkę siemienia lnianego i sezamu, bo bardzo lubię kiedy ciasto ma niejednolitą strukturę (a przy okazji mogę przemycić coś zdrowego).
A! I jabłek dałam dużo, dużo więcej niż w przepisie poniżej.
Gdybym miała jakoś dokładniej się określić ile, to najbardziej adekwatna jednostka miary to - ILE SIĘ ZMIEŚCI
Składniki:
* 1 pełna szklanka mąki
* 1 szklanka wiórek kokosowych
* 2/3 szklanki cukru
* 2 łyżeczki proszku do pieczenia
* 1/3 łyżeczki cynamonu
* 6 łyżek oleju
* 3 łyżki rumu (może byc Malibu lub zwykła wódka) (nie, nie dodałam znowu szklanki spirytusu :) )
* 2 duże jajka
* 3 średnie jabłka
Dwa jabłka obieramy ze skórki i kroimy w małą kostkę. Trzecie jabłko kroimy w cienkie plasterki. Mąkę łączymy z kokosem, proszkiem i cynamonem. Jajka ubijamy z cukrem na puszystą masę, dodajemy olej oraz alkohol i jeszcze chwilę miksujemy. Stopniowo, po łyżce dodajemy suche składniki, a kiedy ciasto jest jednolite dodajemy pokrojone w kostkę jabłka i mieszamy delikatnie łyżką.
Ciasto przekładamy do natłuszczonej i obsypanej kokosem tortownicy (23-25 cm), a na wierzchu układamy plasterki jabłek w taki sposób, Aby na siebie zachodziły. Dodatkowo wierzch ciasta można posypać cynamonem.
Ciasto wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy ok godziny . Przestudzone ciasto posypujemy cukrem pudrem.
Ciasto, niestety najlepsze jest dopiero następnego dnia, kiedy jabłka oddadzą ciastu swoją wilgoć :(
-Upiecz to kokosowe ciasto, które upiekłaś na poprzednie Boże Narodzenie! Było niespotykane i pyszne, a nigdy go nie powtórzyłaś...
Ciasto o którym mówił, to kokosowa masa, na biszkopcie posmarowanym, dżemem porzeczkowym. Całość obficie nasączona herbatą z odrobiną alkoholu.
Takie było założenie.
Tak było w przepisie.
Tylko, że ja zwykle nieco modyfikuję przepis. Zawsze mam nadzieję, że niezauważalnie...
Nie miałam żadnego alkoholu, nawet wódki. Ale w wielkim słoju miałam esencję waniliową, którą sama robię zwykle raz do roku. Zalewam porozcinane laski wanilii czystym spirytusem, i czekam. Po kilku tygodniach esencja nabiera głęboko brązowej barwy i niebiańsko pachnie wanilią. Dodaję ją niemal do wszystkich ciast i naleśników.
W przepisie stało jak byk, że potrzebuję ok. pół szklanki herbaty z alkoholem do nasączenia ciasta. Jako, że robiłam podwójną porcję - szklanki.
Nie znam się na alkoholach, nawet tych podstawowych. Nigdy nie wypiłam ani jednego kieliszka czystej wódki, i w tej swojej nieświadomości nie bardzo wiedziałam czym różni się wódka od spirytusu.
Mówiąc kolokwialnie, myślałam, że spirytus to "jakiś tam" rodzaj wódki.
Nie przedłużając - nasączyłam ciasto szklanką spirytusu z wanilią, bo stwierdziłam, że skoro kolor esencji taki ładny, głęboki, to po co podkolorować herbatą....
Tego nie dało się zjeść.
Wypalało usta
Mąż do dziś mówi, że to najlepsze ciasto jakie kiedykolwiek upiekłam...
Stanęło na tym, że na tegoroczną majówkę upiekę wilgotne ciasto makowe z jabłkami i bakaliami - tak zwany MAKOWIEC JAPOŃSKI
Ciasto to nie zawiera właściwie w ogóle mąki, za to ze względu na dużą ilość startych jabłek, jest cudownie wilgotne.
250g maku mielonego
mleko 1 szkl
5 jajek
450g startych jabłek
7 łyżek kaszy manny
130g masła
220g cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
bakalie - niepełna szklanka - ja dodaję skórkę pomarańczową, którą uwielbiam, namoczone wcześniej rodzynki i żurawinę suszoną
Mak namaczam w zagotowanym mleku i odstawiam do wystygnięcia.
Żółtka ucieram z cukrem i z masłem, a następnie po łyżce dodaję wystudzony mak. Potem dodaję pozostałe składniki, a na końcu porządnie ubitą pianę z białek, którą już nie miksujemy i nie ucieramy, a delikatnie próbujemy wmieszać .
Piekę ok 45-55min w ok 175'C
Polewa, to jak zwykle u mnie, w zależności od minionego święta:
1.Rozpuszczone w odrobinie mleka i łyżeczce masła - mikołaje i bombki, które moje dzieci dostają przy Bożym Narodzeniu w ilościach zastraszających.
2. Rozpuszczone w odrobinie mleka i łyżeczce masła - jajeczka wielkanocne, króliczki i kaczuszki i kurki...
Rozpuszczam to tałatajstwo w mleku i maśle, przegotowuję na małym gazie i polewa czekoladowa do ciast pierwsza klasa :)
Posypałam ciasto uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałów.
Kolejny przepis znalazłam na stronie "Gotuję bo lubię", z której często korzystam.
To przepis na kokosowe ciasto z jabłkami.
Jeszcze niedawno myślałam, że jabłka i wiórki kokosowe są nie do połączenia, a tu mile się zadziwiłam.
Przepis skopiuję, dodam tylko, że dosypałam od siebie garstkę siemienia lnianego i sezamu, bo bardzo lubię kiedy ciasto ma niejednolitą strukturę (a przy okazji mogę przemycić coś zdrowego).
A! I jabłek dałam dużo, dużo więcej niż w przepisie poniżej.
Gdybym miała jakoś dokładniej się określić ile, to najbardziej adekwatna jednostka miary to - ILE SIĘ ZMIEŚCI
Składniki:
* 1 pełna szklanka mąki
* 1 szklanka wiórek kokosowych
* 2/3 szklanki cukru
* 2 łyżeczki proszku do pieczenia
* 1/3 łyżeczki cynamonu
* 6 łyżek oleju
* 3 łyżki rumu (może byc Malibu lub zwykła wódka) (nie, nie dodałam znowu szklanki spirytusu :) )
* 2 duże jajka
* 3 średnie jabłka
Dwa jabłka obieramy ze skórki i kroimy w małą kostkę. Trzecie jabłko kroimy w cienkie plasterki. Mąkę łączymy z kokosem, proszkiem i cynamonem. Jajka ubijamy z cukrem na puszystą masę, dodajemy olej oraz alkohol i jeszcze chwilę miksujemy. Stopniowo, po łyżce dodajemy suche składniki, a kiedy ciasto jest jednolite dodajemy pokrojone w kostkę jabłka i mieszamy delikatnie łyżką.
Ciasto przekładamy do natłuszczonej i obsypanej kokosem tortownicy (23-25 cm), a na wierzchu układamy plasterki jabłek w taki sposób, Aby na siebie zachodziły. Dodatkowo wierzch ciasta można posypać cynamonem.
Ciasto wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy ok godziny . Przestudzone ciasto posypujemy cukrem pudrem.
Ciasto, niestety najlepsze jest dopiero następnego dnia, kiedy jabłka oddadzą ciastu swoją wilgoć :(
29 kwi 2016
A WSZYSTKO PRZEZ ASIĘ !
Dziś Asia - mama Tymkowego kolegi powiedziała:
- ... Bo ty, to powinnaś prowadzić kulinarnego bloga.
Powiedziałam, że bloga kulinarnego to ja już mam, ale faktycznie nie prowadzę go.
Sam się prowadzi od czasu do czasu.
Rzadko. Można nawet powiedzieć raz na kilka lat :)
( zawsze kiedy piszę słowo "rzadko" ciepło myślę o Kasi Żyłce, która za dawnych czasów wytłumaczyła mi - skończonej dysortografce, że "r z" jest jakby rzadkie w konsystencji, w stosunku do zwięzłego i zwartego "ż", i tak mam to kojarzyć. I rzeczywiście działa. W tym wyrazie już nigdy nie popełniłam błędu.
Tylko w tym...)
Nie o tym miało być.
Mam ochotę zdopingować się i powiedzieć: "Nie przejmuj się, do trzech razy sztuka. Może tym razem się uda, może się nie zniechęcisz". Mam ochotę, ale jeśli mnie pamięć nie myli, trzeci raz już był...
No nic to.
Niczego nieświadoma przecudna Asia zasiała w mojej głowie ziarenko, które całe popołudnie nie dawało mi spokoju i wszystkie moje myśli krążyły tylko w okół tego pomysłu - czy nie spróbować raz jeszcze...
Mam poczucie, że żeby się udało muszę być z wami zupełnie szczera, więc kilka rzeczy muszę powiedzieć na pewno:
1. Nie wszystko i nie zawsze mi się udaje. Bywa że nie, ale na blogu tego przecież nie widać. Na blogu jest tylko to co się udało, co wyszło wyśmienicie, a na dokładkę zostało podkolorowane graficznym programem komputerowym.
2. Nie mam wielkiej wiedzy kulinarnej. Raczej jestem zaściankowa. Wielu znanych i całkiem już popularnych dań czy produktów nie miałam jeszcze w ustach. Pokazuję to co lubię, to co jemy na co dzień albo to co zrobiłam po raz pierwszy i już wiem, że nie ostatni. W porównaniu z moim mężem, który lubi nowe smaki, ja jestem jak inżynier Mamoń, który lubi to co zna. Nie eksperymentuję w kuchni zbyt często.
3. Wyśmienitych potraw jest cała masa. Ja się specjalizuję w tych szybkich i prostych jednocześnie. One też potrafią być smaczne.
4. Forma tego bloga nie jest klasyczna, bo jak na blog kulinarny, przepisy zdarzają się tu dość rzadko
( "rz"- dzięki Kasiu :) )
Bardziej pokazuję co ugotowałam czy upiekłam, żeby pobudzić wasze kubki smakowe i zachęcić do pichcenia. Dużym problemem jest też to, ze większość produktów odmierzam na oko i trudno mi przypomnieć sobie ile dokładnie czegoś tam dodałam, ale myślę, że w razie potrzeby zawsze mogę jakiś matematyczny przepis sklecić
... i tu płynnie przechodzimy do punktu
5. Nie chcę żeby to był taki klasyczny "przepiśnik", bo tego typu stron jest tak wiele - sama z nich często korzystam , i są one tak misternie dopracowane, że nie podejmuję się stania w szeregu obok. Zupełnie uczciwie i bez kokieterii muszę przyznać, że brak mi solidności, i staranności i chyba determinacji.
Ja tylko chcę sobie pisać. I chyba nawet nie zawsze o jedzeniu...
Bardzo ale to bardzo proszę o sugestie wszelakie. I nawet chyba nie o te, typu: "Super, super!"
Chętnie usłyszę co w tej formule wam przeszkadza, a czego w waszym odczuciu za mało.
A, i gdyby znalazł się jakiś specjalista od przecinków... Rzucam nimi obficie, ale w poczuciu, że poza wszelkimi normami. (Dlaczego edytory tekstu nie panują nad przecinkami?!)
I bardzo miło mi będzie, kiedy przeczytam, że pojawił się nowy czytelnik. Choć właściwie, po tej półtorarocznej przerwie, każdy będzie nowy :)
Żeby osłodzić wam ten męczący monolog o niczym, bardzo proszę:
Naleśniki z twarożkiem i truskawkami |
Niby nic, banał, a dzieci kochają mnie jakby bardziej :)
Nie muszą być bombą kaloryczną. Do ciasta dodaję odrobinę otrębów, a zamiast mleka jest woda.
Twarożek słodziłam ksylitolem, którym staram się słodzić napoje czy dania na słodko, moim dzieciom.
Sama używam zwykłego słodzika na bazie sacharyny, co jak straszy mnie starsza siostra, kiedyś mnie zabije.
Truskawki nie nasze, więc ciągle za mało pachnące, ale już niedługo...
I najlepsze na koniec!
Naleśniki udekorowane są czekoladą bez cukru, słodzoną stewią :)
Kupiłam ją w Biedronce, w ramach jakiegoś konkursu. Paragon zgubiłam, więc z konkursu nici, a czekolada została :)
Stewia ma dla mnie zbyt orzeźwiający, jakby ziołowy posmak. Przez to nie nadaje się do słodzenia kawy. Już bardziej do herbaty.
Czuć, że "na milion procent udawany"- powiedział kiedyś Tymek o św.Mikołaju w szkole. Rozumiem teraz co miał na myśli. Ta czekolada też jakby udawana.
Ale do deseru się nadała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)