4 sie 2016

Chleb na żytnim razowym zakwasie

Dziś przepis na chleb, w którym wykorzystamy przygotowywany przez nas zakwas, na który przepis zamieściłam w poprzednim poście.




Ważne jest żeby do przygotowania chleba użyć aktywnego zakwasu, najlepiej "głodnego", czyli przynajmniej 12 godzin po ostatnim dokarmieniu.


Aktywny, kilkudniowy zakwas z mąki żytniej razowej typ 2000

Z podanych proporcji wyjdzie jeden bochenek chleba.
Ja zrobiłam podwójną porcję, potrzebowałam więc 60 dag zakwasu, i tyle mniej więcej było w słoiku, w którym go przygotowywałam. Odważyłam więc 60 dag, a resztę (ok. 2-3 łyżek ) zostawiłam jako początek nowego zakwasu.


* 50 dag mąki pszennej (może być chlebowa, tortowa)
* 30 dag zakwasu żytniego
* 2 łyżeczki soli
* 2 łyżeczki cukru
* 20 dag ciepłej wody 


W misce wymieszać zakwas z ciepłą wodą, solą i cukrem. Partiami dodawać mąkę, wymieszać, i wyrobić ciasto. Ciasto będzie dość gęste. Można je wyrabiać specjalnym hakiem do wyrabiania ciasta drożdżowego i wtedy wystarczy ok. 10 min, albo ręcznie, co trwa nieco dłużej bo 15 - 20 min. Taki hak do wyrabiania ciasta drożdżowego jest na wyposażeniu chyba każdego domowego miksera, a już na pewno posiada je większość robotów kuchennych.


Haki do wyrabiania ciasta drożdżowego

Mój mikser ma ze dwadzieścia lat i nie mam do niego haków. Może były i się pogubiły? Diabli wiedzą.
Robota kuchennego się jeszcze nie dorobiłam, choć mój mąż w przypływie dobrego humoru, raz po raz, pokazuje mi w internetowych sklepach, jakie to cudo mi kupi za miliony marsjańskich dolarów...
Ciągle czekam.

Tak więc ja wyrabiam ciasto ręcznie. Nie jest to ani lepiej ani gorzej, jest dłużej. W miarę wyrabiania, ciasto stanie się coraz bardziej elastyczne, będzie miało tendencję do lepienia się do rąk, ale nie będzie już na tych dłoniach pozostawało.
O ile na początku wyrabiania podsypuję trochę mąki, tak żeby ciasto nie kleiło się do blatu i dłoni, o tyle pod koniec podsypuję tej mąki dosłownie szczyptę. Lepiej podsypywać niewielkie ilości ale często niż rzadziej ale sporo.
Zwykle staram się z ilości podanej w przepisie odsypać pół szklanki właśnie na "podsypywanie".
Oczywiście nic się nie stanie jeśli użyjemy trochę więcej maki. Ważne, po prostu żeby nie przesadzić, bo chleb, w którym jest nieproporcjonalnie dużo mąki, będzie się kruszył.

Ciasto powinno być zwarte, ciężkie i elastyczne. Specyfika chleba z mąką żytnią jest taka, że jest ono cięższe i bardziej zbite niż chleba pszennego
.
Chleb pszenny wyrasta nam w piekarniku na ładny krągły bochenek.
Chleb pszenno - żytni (30% mąki żytniej, 70% mąki pszennej) jest już niższy, bardziej płaski.
Chleb żytni  nie trzyma formy, nie da się z niego zrobić krągłego bochenka, trzeba go piec w foremkach, które nadadzą mu kształt.


Wyrobione ciasto należy przełożyć do miski i pozostawić w ciepłym miejscu przez 2 - 2,5 godziny. Jeśli nigdzie nie jest szczególnie ciepło, ważne  żeby nie stało w przeciągu.
Dobrze jest wcześniej nasmarować miskę olejem. Ja tym razem o tym zapomniałam, i ciasto rosnąc, nieco mi podeschło, mimo, że przykryłam je wilgotną ściereczką.
Zamiast ściereczki możemy użyć folii spożywczej, i szczelnie okryć miskę.



Po lewej - ciasto po wyrobieniu.                                          Po prawej - ciasto po odstawieniu w ciepłe miejsce na 2 godziny.

Po odstawieniu na 2 godziny ciasto nam urosło - nabrało powietrza. Musimy je teraz odgazować.
Wykładamy je na blat podsypany mąką, rozpłaszczany dłońmi, po czym składamy je w kopertę, czyli cztery brzegi składamy do środka. Czynność powtarzamy 3-4 razy, po czym formujemy kulę.

Kiedy robię chleb z maki pszennej na drożdżach, wystarczy taką kulę z ciasta, ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, czy posypanej delikatnie mąką. Pozostawiam go do wyrośnięcia dość krótko, często wkładam do nienagrzanego piekarnika, i ciasto rośnie jeszcze w piekarniku.

W przypadku chleba na zakwasie, proces ten jest dużo dłuższy, a ciasto niechętnie trzyma formę, musimy je więc odstawić do kolejnego wyrośnięcia, w jakimś naczyniu. Może być miska wyłożona ściereczką oprószoną mąką, może być specjalny koszyk do wyrastania chleba.


Po lewej - ciasto po odgazowaniu.                                                                          Po prawej - ciasto po 6 godzinach rośnięcia.



Przekładamy więc kulę z ciasta do koszyka lub miski (jedno i drugie trzeba oprószyć mąką, by ciasto nie przywarło), przykrywamy wilgotną ściereczką i odstawiamy na ok. 6 godzin. Oczywiście unikamy przeciągów. Jak widać na zdjęciu, przez ten czas chleb sporo urośnie i napowietrzy się.


Po tym czasie, przekładamy ciasto delikatnie na blachę i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 230'C - 240'C, na jeden z niższych poziomów piekarnika. Ustawiamy na grzanie dolnej i górnej grzałki.
Nie włączamy termoobiegu.
Żeby chleb był wewnątrz wilgotny ale miał chrupiącą skórkę, wstawiam na spód małą foremkę do pieczenia, do której wlewam wodę, która będzie parowała w trakcie pieczenia.
Można też wrzucić na dno piekarnika kilka kostek lodu, co przyniesie taki sam efekt.


Ciasto przełożone z koszyka na blachę


Ciasto na drożdżach zwykle nacinam, bo ma tendencję do rośnięcia w trakcie pieczenia. To na zakwasie, w piekarniku nie urośnie zbyt wiele. Jeśli będzie miało potrzebę, to samo pęknie :)

Pieczemy ok 30 - 35 min . Chleb ma być ładnie zrumieniony, a kiedy się go postuka od dołu drewnianą łyżką, wyda taki głuchy odgłos.
Po upieczeniu trzeba go przełożyć do ostygnięcia na jakąś siatkę/kratkę/koszyk - ważne, żeby była cyrkulacja powietrza. Jeśli położymy go na czymś płaskim, np. desce do krojenia, zacznie parować i spód stanie się wilgotny.
Chleb stygnie bardzo długo, i lepiej odczekać, aż zupełnie wystygnie, bo przyzwyczajeni do pieczywa w gotowych kromkach, możemy mieć problem z krojeniem. Tym bardziej, że skórka jest naprawdę twarda i chrupiąca.

Polecam, wystygły chleb przekroić na pół, i dopiero taką połówkę, skrajać w mniejsze kromeczki.

A z tyłu, w tle widać drugi bochenek, który właśnie pękł sobie przez środek w trakcie pieczenia. Nic nie stracił na smaku, ino na urodzie :)


Ja się powstrzymać nie mogłam, i kroiłam jeszcze ciepły chleb, czego efektem jest - jak widać, nieco posklejany miąższ :)

Nie widać tego na zdjęciu tak jak w rzeczywistości, mój chleb wyszedł dość ciemny, szarawy. Wasz, w zależności od użytej mąki, może wyjść, jaśniejszy, ciemniejszy, mieć gładszą strukturę, albo więcej otrębów. Mąka mące nierówna.
Gdybyśmy do kilku szklanek wsypały mąkę żytnią razową z kilku firm, okazałoby się, że każda wygląda inaczej, więc i chleby z nich zrobione będą nieco inne.


Jeśli dałyście radę - szacun.
Żeby upiec chleb, szczególnie taki naturalny, na zakwasie, potrzeba wiele pracy. Stąd pewnie w dawnych czasach, chleb traktowano z nabożnością i szacunkiem. Teraz z tym gorzej, ale też nie dziwię się tak do końca, bo kiedy czasem trafia do mojego domu taki sklepowy dmuchany, z całą tablicą mendelejewa w składzie, to ani nie chce się tego jeść, ani człowiek nie ma sumienia wyrzucić. I zawsze jest problem co z nim zrobić.

Ale!
Bardzo się postaram, jeszcze w tym tygodniu zamieścić przepis na mój najulubieńszy ze wszystkich - chleb na mące żytniej parzonej, z dodatkiem drożdży. Najczęściej gości na naszym stole. Nie jest tak kwaskowaty jak ten na mące zakwaszonej, jest delikatniejszy w smaku, jaśniejszy, i co ważniejsze dużo prostszy w wykonaniu.
Więc jeśli  nie czujecie się na siłach żeby odtworzyć dzisiejszy przepis, chleb na mące sparzonej będzie idealny dla was.


nie bez powodu zerwałam się dziś już o 5 rano                                                                                                                                  (oczywiście wstałam, żeby wstawić wyrośnięte chleby do piekarnika, ale to śniadanko wynagrodziło mi to poświęcenie)


28 lip 2016

ZAKWAS

No dobra Misie Patysie.

Zaczniemy z grubej rury, od chleba pszenno-żytniego na zakwasie.

Nie jest to bardzo trudne, więc proszę się nie zrażać. Samo przygotowanie zakwasu trwa ok. tygodnia, ale tak naprawdę codziennie trzeba poświęcić na to nie więcej niż 5min.
Samo pieczenie chleba jest bardziej pracochłonne i czasochłonne więc najlepiej zaplanować sobie na to sobotnie przedpołudnie czy popołudnie, bo za pierwszym razem to może trochę potrwać, ale obiecuję wam, że satysfakcja i smak upieczonego przez was chleba, wszytko to wynagrodzi :)

Potrzebujemy mąkę żytnią i przegotowaną wodę (nie za ciepłą, zimna też może być).

Każda mąka żytnia, bez względu na typ, się do tego nada. Choć im wyższy typ, tym łatwiej o zakwas. Tak więc mąka żytnia razowa (czyli grubo mielona) typ 2000 zakwasi się szybko i bez problemów, i jest najlepsza na "pierwszy raz", ale robiłam też z  mąki żytniej typ 720, która jest jasna i miałka niemal jak zwykła tortowa i zakwas również pracował, choć na pewno mniej efektownie niż razowy.


zakwas z mąki żytniej jasnej typ 720, dzień 6


Potrzebujemy czysty pojemnik, w którym przez tydzień będzie mieszkał nasz zakwas.
Zwykle wszyscy polecają litrowy słoik, który trzeba dokładnie umyć, a najlepiej  przelać wrzątkiem, ale przyznam szczerze, że rzadko kiedy nie żałowałam tej decyzji. Dla mnie słoik jest za mały, a zakwas, szczególnie ten z mąki razowej, potrafi sporo urosnąć. Nie zliczę ile razy rankiem witał mnie widok zakwasu spływającego  za kuchennymi szafkami...
Tak więc ja zwykle wybieram miskę plastikową. Moja ma wygodną pokrywkę, ale zamiast pokrywki wystarczy kuchenna ściereczka, na tyle duża by nie wpadała nam do środka :)
Ściereczkę możemy lekko namoczyć by była wilgotna.


dokarmianie zakwasu mąką jasną żytnią typ 720

Do miski wsypujemy więc  5 łyżek mąki żytniej i mieszamy z  5 łyżkami wody. Najlepiej przegotowanej, bo pamiętam sytuację, kiedy na zakwasie pojawiła mi się pleśń, i o ile dobrze pamiętam, używałam wtedy wody z kranu.
Tak naprawdę możemy użyć 10 łyżek mąki i 10 łyżek wody. Wszystko zależy od tego ile zakwasu chcemy uzyskać. Ważne, żeby proporcje były zachowane 1:1.
Trzeba wodę z mąką wymieszać, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce. O tej porze roku każde miejsce jest ciepłe :) Podobno optymalna temp. to 25'C-27'C. Zimą można postawić miskę w pobliżu kaloryfera, czy kuchenki.
Jeśli robicie zakwas w słoiku, czy w misce z pokrywką, nie można pokrywki szczelnie zamykać, musi być zachowany dopływ powietrza. Można taką pokrywkę po prostu położyć, a nie domykać, i wystarczy.

Co dzień, o stałej porze zakwas trzeba dokarmiać taką samą ilością mąki i wody.
Jeśli więc przygotowałyście zakwas z 5 łyżek mąki i 5 łyżek wody, o 20:00 i odstawiłyście by pracował, to  następnego dnia ok. 20:00 trzeba dokarmić go dosypując  kolejne 5 łyżek mąki i 5-6 łyżek wody (woda odparowuje, więc jeśli uznacie, że zakwas jest za gęsty, można dodać jej nieco więcej).
I tak przez kolejne 6 dni. Po 6 dniach zakwas jest gotowy do produkcji chleba, ale oczywiście można zakończyć dokarmianie i po 7 i 8 i 10 dniach, bo na przykład 6 dzień wypada w poniedziałek, a wiadomo, że w poniedziałek nikomu nic się nie chce :)
To nie musi być oczywiście ta sama godzina, chodzi raczej o porę dnia. Ilości wody i mąki, też nie muszą być super wyważone. Ważne jest systematyczne dokarmianie. Zdarzyło mi się, że zapomniałam i nie dokarmiłam zakwasu przez dwa dni. Nie miał więc czego "trawić" i zaczął trawić sam siebie, innymi słowy - zepsuł się i musiałam go wyrzucić :(

Dobrze jest, jeśli raz dziennie przemieszacie swój zakwas. Jeśli dokarmiacie go wieczorem, to rano, przed pracą, wypadało by było go wymieszać.


mąka żytnia razowa tym 2000




mąka żytnia razowa typ 2000, wymieszana z wodą


W wielu przepisach jest informacja, żeby przed każdym dokarmianiem, połowę zakwasu wylać. Uzasadnia się to tym, że z otrzymanej formuły uzyska się więcej zakwasu niż potrzeba do upieczenia chleba. I jeśli rzeczywiście ktoś planuje upiec jeden bochenek i więcej tego nie powtórzyć, to ten pomysł ma rację bytu, ale bądźmy szczerzy... Jeden bochenek my zjadamy w 5 min po jego upieczeniu :)

Dzień w którym piekę chleby, nie gotuję obiadu - bo nikt nie chce go jeść. Cały dzień, wszyscy zajadamy pajdy chleba z masłem i zachwycamy się, że takie banalne, a takie pyszne :)

Z nadmiarem zakwasu nie ma problemu, bo:
1. Można go przechowywać w lodówce nawet kilka tygodni (nie dokarmiamy go wtedy, dopiero dzień
 przed planowanym użyciem trzeba go dokarmić by zaczął pracować)

2. Można go przechowywać w formie wysuszonej (suszyć trzeba zakwas "aktywny", tzn. ok. 12 godzin od dokarmienia)

3. Można go zamrozić na rok! (dopiero dziś gdzieś to wyczytałam)

4. Można podzielić się nim z przyjaciółką :)

Ważne jest to, że im zakwas starszy tym silniejszy. Dobrze jest więc odłożyć kilka łyżek takiego  gotowego i dojrzałego, do słoika, odstawić do lodówki, i za jakiś czas, to od niego właśnie zacząć produkcję następnej porcji zakwasu na chleb. I tak za każdym razem. Rekordziści pieką chleb korzystając z zakwasu, który stworzyli kilka lat wcześniej. Wymaga to jednak regularnego pieczenia chleba, przynajmniej raz na kilka tygodni.
Ja ostatnimi czasy eksperymentowałam z innymi rodzajami pieczywa, tak więc tworzę swój zakwas od nowa.

Pamiętajcie, że zakwas zakwasowi nie równy. U mnie drugiego dnia może wyglądać i pachnieć zupełnie inaczej niż u koleżanki, a już na  pewno zupełnie inaczej niż u kolegi ;)
Zależy to od wielu czynników: temperatury, rodzaju mąki, i tego czy czule do niego przemawiamy ;)

Koniec żartów.
Zdarza się, że zakwas się zepsuje. Nie zdarza się to często, ale bywa. Może spleśnieć, woda, która się oddziela może być czarna czy czerwona. Podobno, kiedy zakwas się zepsuje, to tak wygląda, i tak śmierdzi,że nie ma wątpliwości, że się zepsuł :)

Zupełnie normalne natomiast jest, że pojawiają się pęcherzyki powietrza (na zakwasie z mąki razowej szybciej niż tej o niższych indeksach). Zapach może być jednego dnia przyjemny, chlebowy, innego octowy, a nawet można mieć wrażenie, że pachnie acetonem (octem, acetonem pachnie "głodny" zakwas :) ).
Może tak być, że woda oddziela się od ziarna.  To wszystko jest normalne. I to, że jednego dnia zakwas pracuje bardziej innego mniej (pomagamy mu mieszając i przestawiając do cieplejszego miejsca).

Zakwas, który teraz razem szykujemy, posłuży nam do upieczenia chleba pszenno-żytniego, czyli takiego jaki pamiętamy jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy to wracając ze sklepu,z ciepłym jeszcze chlebem, zjadało się po drodze piętkę, albo i nawet połowę bochenka (zależy, kto jak daleko mieszkał od sklepu, ja musiałam mieszkać bardzo daleko :) ).

Byłoby świetnie, gdyby do czasu gdy, z otrzymanego zakwasu będziemy piekli chleb, udało wam się kupić mąkę pszenną chlebową. Jeśli już znajdziecie, kupcie przynajmniej 2 kg, na pewno się przyda. Ja kupuję ją w młynie w Jordanowie Śląskim ( http://ekomlyn.pl/ ) ale wydaje mi się, że najmniejsze opakowanie w jakim ją tam sprzedają to 5kg - mąka pszenna chlebowa typ 750.

Jeśli chlebowej pszennej nie znajdziecie, kupcie jakąkolwiek inną - pszenną.





Co dzień, na dole tego postu będę doklejała zdjęcie, jak wygląda mój zakwas każdego dnia, żebyście miały się do czego odnieść.



zakwas po 24 godzinach, na chwilę przed pierwszym dokarmianiem

zakwas dzień 3

zakwas 4 dnia,  jak widać znacznie zwiększył swoją objętość

zakwas dzień 5

22 lip 2016

Domowa tortilla

(POPRAWKA !  POPRAWKA !  POPRAWKA !  Zastąpiłam całość krupczatki zwykłą mąką, dodałam jeszcze jedną łyżkę oleju i dopiero teraz ciasto jest najlepsze - bo jeszcze bardziej elastyczne. 
Albo "gumowate" jak mówią niektórzy)


Miałam już od jakiegoś czasu ochotę na zrobienie domowej tortilli, ale kilka pierwszych przepisów jakie znalazłam rozbawiło mnie dosyć, gdy dość szczegółowo opisano, w jakim sklepie i pod jaką marką powinnam tę tortillę kupić.
Nie jestem żadną eko-mamą , ale zdecydowanie nie o to mi chodziło.
Sama nagminnie kupuję gotowe surowe ciasto francuskie bo nie potrafię przygotować takiego w domu, ale ciasto na tortillę okazało się być bardzo niekłopotliwym, szybkim, i w domowej wersji - niezwykle smacznym.




250 ml mąki krupczatki
250 ml mąki pszennej
1/2 łyżeczki soli
3 łyżki oleju
180 ml wrzącej wody

Mąki i sól mieszamy, wlewamy wodę z olejem, i najpierw mieszamy to łopatką, żeby nie poparzyć rąk, a następnie zagniatamy ręką.
Ciasto zagniata się szybko i sprawnie, jest mięciutkie i elastyczne. Nie ma potrzeby podsypywania mąką, bo się nie klei. Wyrabiamy 2-3 minutki i formujemy kulę, którą wg przepisu, który znalazłam dzielimy na 8 części. I rzeczywiście z tej wielkości wychodzi tortilla na rozmiar standardowej patelni, ale następnym razem zwiększę porcję i upiekę placuszki o większej średnicy - łatwiej będzie je później zawinąć.




Z każdej z części, formujemy małą kulkę i rozwałkowujemy z niej koło (albo tak jak ja - coś na kształt koła). Ciasto jest bardzo elastyczne i miękkie. Bardzo łatwo się je wałkuje. Ważne żeby placuszki były cieniutkie. Bardzo cieniutkie. Nie potrafię określić tego miarą (nie potrafię obsługiwać suwmiarki, ale pocieszam się myślą, że połowa dziewczyn nawet nie wie co to jest suwmiarka ;) ).
Zrobiłam zdjęcie, na którym widać, że rozwałkowane ciasto jest półprzezroczyste, tak jest cienkie. Ale mimo to nie rozrywa się i nie pęka.  (Pytam zupełnie poważnie, tych którzy coś na ten temat wiedzą, czy ja mogę rozpoczynać zdanie pisane od "ale" ?)










Taki placuszek kładziemy na suchą nagrzaną patelnię. Jeśli jest dobrze nagrzana wystarczy mu jakieś max. 10 sekund. Przerzucamy na drugą stronę na kolejne 10 sekund ( a czasami i mniej, więc trzeba sprawdzać ), i ponownie na pierwszą stronę, na kilka sekund,  by pojawił się wewnątrz pęcherz z powietrzem. Wtedy ściągamy.




Trochę się rozpisałam, ale tak naprawdę przygotowanie ciasta, i upieczenie 8 tortilli zajęło mi nie więcej niż 25 minut. Mam radę dla was, i dla siebie na przyszłość też - najpierw rozwałkujcie wszystkie placki, a potem je pieczcie. Pieką się  bardzo szybko i trzeba wtedy przy nich stać, więc żeby rozwałkować kolejny, musiałam ściągać patelnię z ognia, a następnie  nagrzewać ją na nowo.


A co do środka? Co chcecie. Mogą być warzywa z tuńczykiem, kurczakiem albo same warzywa.
Ja przesmażyłam kawałki kurczaka, zmieszane wcześniej z solą, przyprawami i przepuszczonym przez praskę czosnkiem. Pokroiłam paprykę, kukurydzę, pomidory i świeże ogórki, dodałam sałatę lodową i polałam sosem na bazie gęstego jogurtu z majonezem.



Obiad był pyszny i szybki. A co najważniejsze: był!
Bo ostatnio, to różnie bywało...

A w kuchni  robi się właśnie zakwas na chleb, więc następny przepis nie będzie ani szybki ani łatwy.
Ale jak wiemy, do odważnych świat należy.
Tak więc zaopatrzcie się już w mąkę żytnią. I pszenną też. Jeśli to będzie mąka pszenna chlebowa to już w ogóle będzie super.  Ja w mąkę zaopatruję się w młynie w Jordanowie Śląskim
http://ekomlyn.pl
Polecam.

3 lip 2016

Prosta historia - makaron z pomidorami

Wróciliśmy dziś z wycieczki rowerowej zmęczeni i głodni.
Obiadu nie było i nikomu specjalnie nie chciało się go robić. Za to wszystkim chciało się jeść.
Dzień wcześniej, na mojej ulubionej stronie z przepisami GOTUJĘ BO LUBIĘ wpadł mi w oko przepis na niezwykle prosty i lekki makaron z pomidorami z puszki i bazylią.





* 250 g  wędzonego boczku
* 2 puszki krojonych pomidorów 
* 3 ząbki czosnku
* 1 ostra papryczka
* ok. 20-25 liści bazylii
* 2 pełne łyżki tartego parmezanu
* 2 łyżki oliwy
* 1 płaska łyżka cukru
* sól


Dodatkowo:

* ok. 350-400g makaronu penne
* świeża bazylia do podania 


Bogu dzięki, mieszkamy dwa kroki do sklepu, więc wysłałam tam męża, a sama zaczęłam już skubać listki bazylii  i obierać czosnek.
Kiedy Mariusz wrócił z produktami, pokroiłam i wysmażyłam cieniutki jak pergamin boczek i  dodałam czosnek przeciśnięty przez praskę i też lekko przesmażyłam. W międzyczasie gotował się już makaron.
W oryginalnym przepisie jest jeszcze  oczywiście oliwa z oliwek ale z boczku wytopiło się wystarczająco tłuszczu. Kiedy następnym razem zrobię wersję wege, użyję  też oliwy.

Na patelnię, do boczku i czosnku dodałam dwie puszki krojonych pomidorów, łyżkę cukru trzcinowego (oczywiście może być i biały), sól, bazylię - dużo, bardzo dużo, i jako że nie dodałam ostrej papryczki z przepisu, bo nie przepadamy za pikantną kuchnią, posypałam odrobinką ostrej papryki w proszku.

Kiedy sos odparuje, wrzucamy do niego makaron (lekko jeszcze twardy) i ciągle mieszając,  jakąś minutkę - dwie, trzymamy na ogniu.

Na talerzu posypujemy jeszcze świeżą bazylią i serem.  Najbardziej oczywisty jest parmezan, który  zawsze się sprawdza, ale tym razem, mój mąż - miłośnik serów wszelakich, kupił w Biedrze jakiś hiszpański ser z mleka owczego, koziego i krowiego- QUESO IBERICO,  i trafił w dziesiątkę.  Ser był pyszny, delikatny, nie tak słodki jak parmezan, który lubi dominować. No było pysznie.
Kolejne danie w 20min :)






Ja mam świadomość, że Ameryki nie odkrywam. Makaron z pomidorowym sosem to chyba najbardziej popularne danie i każdy potrafi je zrobić. Ale też zauważyłam, że przyrządzane jest na wiele sposobów, od torebek Knora poczynając, przez przeciery w kartonikach, na świeżych pomidorach kończąc.
A znam i takich smakoszy, którzy uważają, że najlepszy jest makaron polany ketchupem :)  (Tymek, lat 8)

Ta wersja smakuje mi najbardziej ze wszystkich, które robiłam do tej pory. Jest lekka i bardzo aromatyczna. Oczywiście, jak to ja, dodałam chyba dwa razy więcej bazylii i czosnku niż w oryginalnym przepisie.
W mojej rodzinie powszechnie znane są moje skłonności do przesady :)





A skoro tyle o bazylii, nie mogę nie wspomnieć o Ogrodach Ziołowych na Bielanach Wrocławskich.
Mimo, że od dawna obserwowałam ich stronę internetową i sklep na tej stronie, dopiero gdy pojawiłam się osobiście na miejscu zakochałam się na amen.

Pomijam już imponującą mnogość i różnorodność sprzedawanych tam ziół. Ja zwykle używam bardzo podstawowych ziół i tych najbardziej popularnych odmian. Chyba nie mam odwagi eksperymentować w kuchni, gotuję bardzo proste i powszechnie znane dania, ale nawet te najbardziej banalne, smakują zupełnie inaczej, są nieporównywalnie bardziej aromatyczne i szlachetne, kiedy suszone zioła zastąpimy świeżymi.



Zioła, które tam sprzedają są świeżo zielone, zdrowe, piękne i dorodne. A jak pachną...
Bardzo, bardzo polecam wam to miejsce. Tak jak wolę zakupy przez internet, i właściwie już chyba wszystko kupuję w ten sposób, tak ziołowe zakupy na Bielanach Wrocławskich wspominam jako wielką przyjemność, i w najbliższym czasie zamierzam ją powtórzyć.

http://ogrodyziolowe.pl/

(nie, wpis nie jest sponsorowany :) )








I to właściwie byłby koniec, gdyby nie to, że obiecałam sobie, że tym razem już na pewno zachęcę was do przyrządzania domowych koktajli.
Na letnie upały, połączenie chłodzącego kefiru i owoców, jest idealne.
Ja, dopiero w zeszłym roku odważyłam się zacząć eksperymentować z różnymi owocami, a nie poprzestawać tylko na (pysznych, skądinąd) truskawkach.
Warto próbować mieszać i szukać swoich smaków.
Używając bardziej kwaśnych owoców, dosłodzić taki koktajl można miodem, ksylitolem (cukrem brzozowym), cukrem trzcinowym (brązowym), albo jak ja - trującym słodzikiem dla diabetyków :)
Moja siostra koktajle, które podaje swojej małej córeczce dosładza  bardzo dojrzałymi bananami :)
Mój obecny hit to: mango, banan, jabłko, wszystkiego po 1szt i 0,5l kefiru.

Próbujcie, smakujcie. Zawsze powtarzam, że "cokolwiek" zrobione samodzielnie w domu ze świeżych produktów, będzie lepsze niż kupione w sklepie ( tak też sobie tłumaczę wszystkie moje kulinarne niedociągnięcia :) )







całusy

6 cze 2016

MAŚLANKOWE

Sezon na młode ziemniaczki w pełni, dlatego też przez ostatnie kilkanaście dni nasze obiady były bardzo monotematyczne, ale też bardzo smaczne.  Codziennie to samo: młode ziemniaczki z masełkiem, koperkiem i smażone jajko - tak lubią moje dzieci. Albo z pałkami z kurczaka  i mizerią, czy ogóreczkami małosolnymi. Albo z sałatą ze śmietaną, albo bez sałaty :)
A na kolację...
A na kolację odsmażane na masełku klarowanym, pokrojone w grube plastry i podane z zsiadłym mlekiem do popicia.
Mogłabym jeść tak na okrągło.


Jak widać nic nowego ostatnimi czasy nie ugotowałam.
Ale za to upiekłam.




Upiekłam wczoraj bardzo smaczne ciasto na maślance. Ciasto z owocami, bo latem mam ochotę na takie z dużą ilością świeżych owoców. Tym razem padło na truskawki i borówki, ale ostatnim razem, kiedy nie było jeszcze sezonowych owoców, upiekłam je z brzoskwiniami z puszki i borówkami i też było bardzo smaczne.
Ciasto z brzoskwiniami miało nieco ciemniejszy kolor, bo okazało się, że nie mamy w domu białego cukru, więc zastąpiłam go trzcinowym.




Ten maślankowy placek jest niezwykle prosty w przygotowaniu. Idealnie nadaje się na pierwszy dziewiczy wypiek, dla wszystkich tych, który myślą, że piec nie potrafią i nigdy potrafić nie będą.
Wystarczy do jednej miski wsypać i wymieszać łyżką wszystkie suche składniki ciasta, a do drugiej miski wlać wszystkie mokre składniki, i również wymieszać łyżką.  Nie musi być jakoś szczególnie  dokładnie.  Następnie połączyć ze sobą składniki suche i mokre i energicznie przemieszać. I koniec.
Przełożyć na blachę, ułożyć owoce, posypać kruszonką.
Prawda, że do zrobienia?

Pieczemy ok. 45min  w 180'C w takiej typowo sernikowej blaszce (patrz: prostokątnej nie większej niż 40x25cm)
Nie na najniższym poziomie, ale też nie na środkowym, Pomiędzy nimi :)



składniki suche:
1 szkl. cukru
2,5 szkl. mąki
3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy, a najlepiej cukier z wanilią albo ekstrakt waniliowy ( 2-3 łyżeczki )
100g startej na grubych oczkach tarki, białej czekolady

składniki mokre:
3 jajka
1 szkl. maślanki
0,5 szkl. oleju

kruszonka:
3 czubate łyżki cukru pudru
3 czubate łyżki mąki
3 czubate łyżki miękkiego masła
wszystkie składniki kruszonki łączymy lekko mieszając je ręką




Próbujcie, i nie zrażajcie się pierwszymi niepowodzeniami.
Zapach świeżo upieczonego ciasta poprawia nastrój wszystkim domownikom.
I nawet moja nigdy nie ogarnięta kuchnia, ze stosem naczyń wylewających się ze zlewu, wygląda jakby ładniej i czyściej kiedy przez szybkę piekarnika widać rumieniące się ciasto.

Smacznego!

4 cze 2016

PASTA I BASTA ! / PASTY Z SUSZONYCH POMIDORÓW I JAJECZNO-POROWA

Nie, nie makarony.
Dziś pasty do smarowania chleba - i nie tylko.





Już jakiś czas temu przestaliśmy kupować plasterki wędlin na kanapki. Nawet nie wedle ideologii, że niezdrowe i  naszpikowane konserwantami. Po prostu chyba się przejedliśmy. 
A że chleb, wbrew powszechnie panującej modzie, lubimy i jemy w dużych ilościach, trzeba było poszukać czegoś z czym ten chlebek można zjeść.
Choć sery wszelakie bardzo lubimy i jemy chętnie, to nie samym serem żyje człowiek :)
Zaczęłam szukać w internecie i okazało się, że przepisów na pasty jest naprawdę dużo.  I tych tradycyjnych, które znamy z dzieciństwa (choćby jajeczna, czy z tuńczykiem i białym serem), i tych których smaku nie znałam wcześniej. Są bajecznie proste, bo zwykle trzeba coś zblendować - i tyle.

Mimo, że ciągle chętnie próbuję nowych, to mam kilka sprawdzonych przepisów, które na stałe  zagościły w naszej kuchni, i właściwie zawsze któreś z podanych smarowideł mam w lodówce.

Znam trzy pasty na bazie suszonych pomidorów ze słoika i mimo, że wizualnie wyglądają bardzo podobnie,  to każda ma swój charakterystyczny smak.  Każdą bardzo lubimy i robię je naprzemiennie.



Do pierwszej z nich, oprócz słoika suszonych pomidorów dodaję świeżą bazylię - listki z całego krzaczka (bez łodyżek!) i ugotowaną kaszę jaglaną - jeden woreczek. Wszystko delikatnie solimy i miksujemy blenderem na jednolitą  masę. Kaszę trzeba dobrze ugotować, a nawet rozgotować. Może jeszcze z 10min postać w wodzie, w której się gotowała. Najlepiej wszystko mi się łączy kiedy kasza jest ciągle ciepła.





Następna pasta jest z piersią kurczaka - ugotowaną oczywiście. Na pojedynczą pierś daję 1 słoik pomidorów, i łyżeczkę koncentratu pomidorowego, łyżeczkę sproszkowanej papryki (świetnie się sprawdza wędzona papryka w proszku) i sól do smaku.
Żeby konsystencja była bardziej smarowna, dolewam część zalewy (olej z ziołami), w  której pływały pomidory w słoiku. Właściwie dolewam ją do każdej z pomidorowych past.




Kolejna wersja to wersja z tuńczykiem. Na słoik pomidorów daję 2 puszki tuńczyka w sosie własnym, 2 ząbki czosnku, 1 łyżeczkę papryki w proszku (może być wędzona) i 1 opakowanie serka białego naturalnego - takiego do smarowania pieczywa. Nie kołacze mi się po głowie żadna konkretna nazwa. Zwykle borę co jest w sklepie i zawsze jest dobrze.Solimy.




Mój maż upiera się, że następna pasta to sałatka ze względu na konsystencję.  Rzeczywiście nie jest typowym smarowidłem, ale jemy ją na chlebie w formie kanapki.





Choć wydawać by się mogło, że z uwagi na dużą ilość jajek (ok.10) będzie to pasta jajeczna, to główne skrzypce gra tu por - warzywo, którego szczerze nienawidziłam, do niedawna.
Pewnie każda "prawdziwa gospodyni" wie to od zawsze, ja dowiedziałam się całkiem niedawno, że żeby pozbyć się z pora tej nieprzyjemnej goryczki, wystarczy posiekane w drobne talarki warzywo przelać na sitku wrzącą wodą, a następnie od razu zimną.
Przyznam, że od kiedy to wiem, warzywo to gości na naszym stole coraz częściej.

Tak więc,  (mam cichą nadzieję, że nie czyta tego żadna polonistka, bo pamiętam ze szkoły, że coś nie tak było ze zwrotem "tak więc", nie pamiętam tylko co...)  siekam ok. 10 ugotowanych jajek, poszatkowany por - kilka sztuk (zwykle por sałatkowy sprzedają w zafoliowanych paczkach, po kilka sztuk właśnie) puszkę kukurydzy,  kilka łyżek majonezu, sól, i coś do związania/zagęszczenia - do wyboru: dla odchudzających się - biały serek (głupia ja - odchudzający się, w życiu nie zjedzą pasty z majonezem :) ), a dla tych którzy mogą sobie pozwolić na wiele - żółty ser starty na drobnej tarce. Ciężko określić ile. Będzie widać :)
Jako że wszystko jest lekko mdłe, dodaję do wyboru: pokrojone oliwki, ogórki kiszone albo takie w occie.
Dodaję też jakieś kiełki, jakie akurat wzeszły na parapecie. Te kiełki to chyba po to żeby mieć poczucie, że pasta może i kaloryczna, ale zdrowa. I pyszna.




Nie mam niestety zdjęcia paprykarzu, który robiłam jakiś czas temu. Może zaginęło w odmętach mojego komputera. A może, co się nie często zdarza w naszym domu, ale jednak się zdarza - został zjedzony nim zostało zrobione zdjęcie. Mąż już wie: najpierw zdjęcia - potem jedzenie. Nie odważył by się inaczej ;)
Paprykarz ma swoich zwolenników i przeciwników. Ja bardzo lubię. Ja jestem jeszcze z tego pokolenia, które spało pod namiotami i jadło konserwy z puszki zamiast McDonald's.
A domowy paprykarz....
Przepis znalazłam na blogu "Przy kuchennym stole".


Składniki:
  • 1 makrela wędzona
  • 50 g ryżu
  • 1 marchewka
  • 1 cebula
  • 4 duże pieczarki
  • 100 g przecieru pomidorowego
  • 2 łyżeczki słodkiej mielonej papryki
  • 2 ziarna ziela angielskiego
  • 1 listek laurowy
  • sól i pieprz do smaku
  • szczypta pieprzu cayenne
  • olej do smażenia
    Ryż ugotować na sypko.
    Makrelę dokładnie oczyścić ze skóry i ości.
    Marchewkę i pieczarki obrać, umyć, zetrzeć na dużych oczkach.
    Cebulę obrać i drobno posiekać. Zeszklić na niewielkiej ilości oleju razem z zielem angielskim i liściem laurowym. Dodać tartą marchewkę, wymieszać, podsmażyć, a po chwili dodać pieczarki. Smażyć na niedużym ogniu, aż warzywa zmiękną. Wyjąć liść laurowy i ziele angielskie.
    Warzywa na patelni doprawić papryką, solą i pieprzem, dodać koncentrat. Jeszcze chwilę smażyć, po czym zdjąć patelnię z ognia, lekko przestudzić. Dodać ryż i makrelę, dokładnie wymieszać doprawiając masę szczyptą pieprzu cayenne. Ewentualnie jeszcze doprawić do smaku solą i pieprzem.
    Odstawić do całkowitego ostygnięcia, a najlepiej jeszcze całość schłodzić w lodówce przez noc.



I wszystko prawda, ale jednak najlepszym dodatkiem do chleba jest masło. Najlepiej solone, z posiekaną bazylią, rozmarynem, oregano.
Ten zapach, kiedy rozpuszcza się na  świeżym, cieplutkim jeszcze  chlebie...




Ale o chlebie innym razem.
Podam wam tak banalnie prosty przepis na pyszny chleb, ze nie chcę słyszeć więcej skomlenia: "...ale ja nie potrafię".

14 maj 2016

SZYBKI POST - SZYBKI OBIAD / PYSZNOŚCI W CIEŚCIE FRANCUSKIM

Dziś szybko i krótko.
Mąż przyniósł ze sklepu ciasto francuskie. Sztuk ...
zdecydowanie nie jedną.
Znakiem tego była promocja.
Promocje mąż lubi. Bardzo lubi. W promocji przyniósł kiedyś marmoladę figową !
Kiedy w miarę spokojnie (jeszcze) zapytałam  - PO CO?!  Usłyszałam: - No, w promocji była...
Nie żeby był jakimś skrajnym przypadkiem. Nigdy nie przyniósł do domu 12 puszek tuńczyka, czy 20 kostek masła :)  ( serdecznie pozdrawiamy wujka Jacka ).


Zwykle z gotowego ciasta francuskiego robię ekspresowe ciasteczka,  kiedy wpadają niespodziewani goście, albo mi niespodziewanie spada poziom cukru, a wzrasta poziom napięcia.
Tym razem powstało bardzo szybkie danie obiadowe. Takie od ręki, wystarczy na nie 30 - 40 min.
Zwykle, kiedy jadłam je u mojej  siostry, byłam przekonana, że jest bardzo czasochłonne i skomplikowane - więc nie dla mnie.  Pozory mylą.






Poddusiłam na patelni pokrojoną  pierś z kurczaka, 1 czerwoną paprykę, 1 cebulę i pudełko pieczarek - zupełnie nie pamiętam ile mieści się w takim pudełku. Nie ma to większego znaczenia, to nie apteka. Doprawiłam jak zwykle sosem sojowym - to moja ulubiona przyprawa i dodaję ją niemal do wszystkiego. Zawsze kupuję jasny sos sojowy firmy TaoTao.
Oregano - do dań z pieczarkami zwykle dodaję go sporo. Bardzo mi te dwa smaki współgrają.
Sól i pieprz - oczywiście.
Duszę to jakieś 10 min na łyżce oleju czy masła.




Arkusz ciasta wystarcza na dwie porcje. Przekrawam go na pół. Każdą połowę nacinam według podanego wzoru . Ten wzór rysowałam dobre pół godziny w programie Paint. Ile się przy tym naklęłam i namarudziłam to moje. Czułam się jak moje dziecko, które odrabiając zadania domowe, z językiem na wierzchu skrobie w zeszycie ołówkiem, po czym okazuje się, że to nie ta liniatura, więc zmazuje gumką. I znowu skrobie, i okazuje się, że nie zaczęło od dużej litery, więc znowu zmazuje i poprawia. A potem okazuje się, że to nie to zadanie, więc zmazuje...
No czułam się dokładnie tak samo, a umówmy się, schemat raczej z tych banalnych :)

30 min ciężkiej pracy...           



Na środku, wzdłuż arkusza kładę plastry żółtego sera, na to wykładam lekko przestudzony farsz z patelni, i zakrywam go na przemian naciętymi paskami ciasta, lekko po skosie. Całość przesmarowuję pędzelkiem rozbełtanym jajkiem - dla koloru i politury.
Wkładam do piekarnika nagrzanego na 200 - 210'C i nastawiam jeszcze termoobieg. Francuskie tak lubi. Jeśli nie macie termoobiegu, albo chwilowo nie działa :)  nastawcie na 220'C i wcale się nie bójcie.
Na środkowej wysokości piekarnika i  najlepiej na papierze do pieczenia. Wyciągam kiedy ładnie złapie kolor. Zwykle 10 - 15 min.

Ilość farszu którą podałam, wystarcza na 4 porcje. Czyli na 2 arkusze ciasta.

Wszystkim maruderom, którzy już pod nosem narzekają, że ciasto powinnam wykonać samodzielnie, mówię - NO WAY. To piekielnie czasochłonne i  trudne ciasto  do samodzielnego wykonania. Potrzeba przewałkować ułożone na przemian dwa rodzaje ciasta: pierwsze składa się z mąki, jaj, soli i octu, a drugie z masła z niewielkim dodatkiem mąki. Bardzo precyzyjnie rozwałkuje się  się je składając na 4 warstwy, następnie odstawia do schłodzenia. Powtarza się to od 4 do 6 razy, przy czym wałkowanie musi być przerywane chłodzeniem. dzięki temu właśnie ciasto ma strukturę cieniutkich listków, których powinno być ok. 700 !!!
Tak więc kiedy słyszę pytanie, czy ciasto francuskie robiłam sama czy kupiłam, wiem że interlokutor albo jest kulinarnym ignorantem, albo po prostu jest wybitnie złośliwy :)


Po wyciągnięciu z piekarnika sypię świeżą bazylią i rozmarynem.
Idealna  jest do tego  surówka z sałaty lodowej i pomidorka vel rzodkiewki z jogurtem i koniecznie! czosnkiem. Czosnek do tego dania jest bardzo wskazany.

Są tacy co jedzą z ketchupem, zabijając cały smak potrawy. Przemilczę.




Powiem wam dziewczyny, że mężowie będą was po tym daniu bardzo kochali.
Ba, powiedzą wam nawet: "No dobra, zamów tę sukienkę..."


A miał być szybki post.